czwartek, 7 października 2021

Rozdział 4 - Powrót

-Izzy zgłoś się. Może to dziwne ale weszliśmy bez najmniejszego problemu. To chyba pułapka. Mamy zawrócić i wrócić większą ekipą? - Spytała Seli. 
-Nie mamy czasu. Trzeba ich wyciągnąć. 
-Ich? - Zdziwiłem się. 
-Może być tam tylko Chris, a może być tam więcej osób. Nie łapcie mnie za słówka. Nie w takiej chwili. 
-Wybacz Iz. Seli idziemy dalej. Idź za mną. Osłaniaj tyły. - Powiedziałem, a ona uzbrojona w swoją laske zaczęła iść za mną tyłem. Ja trzymałem dwa krótkie miecze. Szliśmy głębiej w las. W głąb wioski wilkołaków jaką sobie tu urządzili. Była pusta. Ale jak to możliwe? To miejsce nigdy nie bywało puste. Chyba że... - Samaha. - Powiedziałem cicho. 
-Co? - Spytała Selin. 
-Samaha. 
-Usłyszałam za pierwszym razem. Ale co to znaczy? 
-W końcu jest coś czego nie wiesz Seli. Samaha. Święto wilkołaków. Nie wiem za bardzo na czym polega, ale odbywa się dwa razy w roku. Zbierają się w jednym miejscu i polują jak wygłodniałe stado. 
-Wels. Jesteś pewny, że to wypada dziś? - W komunikatorze usłyszałem głos Isabelle. 
-Tak. 
-Oni tam są. Wcale nie odeszli. Nie zostawili swojego miasteczka pustego. - Powiedziała. 
-Skąd wiesz?
-Nie uważałeś na lekcjach prawda? Samaha. Krwawe Gody. Przez tydzień w jakiś dla nas nie wytłumaczalny sposób zbierają potencjalne ofiary. Zazwyczaj są to młodzi przyziemni. O północy otwierają ich klatki. Ludzie wybiegają w szale chcąc się uwolnić. A wtedy zaczyna się krwawa jatka. Rozszarpią każdego na swojej drodze. Nie wszyscy wychodzą od razu. Ci którzy schowają się w klatkach dołączają do stada po zakończonym polowaniu. Ci którzy również przeżyją Krwawe Gody również stają się częścią stada. Nie uratujecie wszystkich. Z klatki w której jest Chris wyciągnijcie najlepiej tylko jego. Gdy wilkołaki ujrzą i wyczują grupę osób zaatakują. Nawet jeśli do północy daleko. 
-Izzy do północy zostało pół godziny. 
-Więc spierzcie się. I uważajcie na siebie. Macie wrócić cali. Jeżeli coś wam się stanie ja za to zapłacę, bo to nie autoryzowana misja ratunkowa. 
-I mówisz nam to teraz? - Spytała Selin.
-A wiedząc to wcześniej inna by była twoja decyzja? 
-Nie. - Powiedziała cicho.
-Więc się ruszcie i znajdźcie tego przyziemnego. 
-Stado wygłodniałych wilków co? Gorszego dnia wybrać nie mogliśmy. Chodź Seli. Klatki pewnie są w ich podziemiach. 
Wbiegaliśmy do ich domów do piwnic szukając klatek z ludźmi. Kilka znleźliśmy ale nie było w nim przyziemnego którego szukaliśmy. Wbiegaliśmy do tunelu między dwoma budynkmi. 
-Chris! Chris! Chris jesteś tu? - Wołała Selin. Wszyscy tak jak wcześniej rzucili się do krat krzycząc byśmy ich uwolnilii. 
-Chris przysłała nas Dalia! - Krzyknąłem widząc chłopaka podobnego do tego ze zdjęcia. 
-Nie ma go tu. Idziemy dalej. 
-Czekajcie! Przesuń się koleś! Dalia? Nic jej nie jest? Wyszła cało z cichego miasta? 
-To on. - Powiedziałem. 
-Z miasta kości. 
-Nieważne. - Powiedział. 
-Można powiedzieć, że jest cała. - Odezwałem się. Selin zaczęła majstrować przy zamku. 
-Co to znaczy? 
-Ja nie jestem w temacie. Pytaj tych co z nią są. Selin i jak? 
-Nie da się. Runy nie działają. Moje witrychy też nie są w stanie nic zrobić. 
-Cholera. - Zakląłem pod nosem. Nagle klatka się otworzyła. Ludzie nie pewnie patrzyli to na nią to na nas. 
-Lepiej nie wychodźcie na zewnątrz. - Powiedziała Selin. 
-Wszystkich nie uratujemy. - Powiedziałem cicho do Selin cytując Isabelle. Spojrzała na mnie. 
-To zbyt ciężkie. - Powiedziała. W tym momencie ktoś mnie szturchnął. Ludzie zaczęli wybiegać z klatki. 
-Chris. - Chwyciłem go za rękę i pociągnąłem do siebie. - Tam jest niebezpiecznie. Trzymaj się nas a zobaczysz jeszcze swoją przyjaciółkę. W tej chwili na zewnątrz dało się słyszeć wrzaski. 
-Co tam się dzieje? - Spytał. 
-Wilkołaki zorganizowały sobie polowanie. Trzymaj się blisko nas. To może przeżyjesz. 
-Może? - Spytał, ale ja już się odwróciłem i zacząłem iść w stronę wyjścia. Ludzie biegli w różnych kierunkach. A wilki pojawiały się znikąd i atakowały przyziemnych. Krwi było wszędzie pełno. 
-Nie zbijaj wilków. - Poleciłem Selin. - Nie chcesz chyba naruszyć Porozumienia.
***
Wejść do Baru Pod Orłem było łatwo. Gorzej już z przemieszczaniem się korytarzmi w poszukiwaniu Nathana. 
-Gdzie vampiry go trzymają? Przeszukaliśmy najostrożniej jak to możliwe piętro i parter. Straciliśmy na to dwie godziny. 
-Spokojnie Kyla. Gdzieś musi on być. - Uspokajałem ją. - Bar Pod Orłem nie ma piwnicy. Więc muszą mieć gdzieś ukryte przejście. Jakieś tajne pomieszczenie. 
-Max. 
-Czekaj myślę. - W pamięci odtwarzałem korytarze i pomieszczenia jakimi szliśmy szukając punktu zaczepienia do tajnego przejście. 
-Max. 
-Chwila. 
-Znaleźli nas. - Spojrzałem za siebie tam gdzie wpatrywała się ona. 
-Nie mogłaś tak od razu? - Powiedziałem odwracając się i wyciągając mój miecz. Kyla dobyła swoje dwa chakramy. Rozpoczęliśmy walkę. Walka, która była nie równa. Ich wielu nas tylko dwoje. Walka z góry skazana na przegrną. Ale musimy stąd wyjść żywi. I musimy odnaleźć Nathana. 
-No proszę. Nocni Łowcy sami do nas przychodzą. I są uzbrojeni. Zabiliście już czworo moich ludzi. Naruszyliście Porozumienie. Chyba będę musiał zgłosić was do Clave. 
-Ahirl. Miło cię widzieć. - Powiedziałem z uśmiechem. 
-No proszę Max. Wyrosłeś szczeniaku. 
-Mówisz, że my łamiemy prawo i chcesz nas zgłosić? Prawda chyba jest inna. Nie sądzisz? Porwałeś Nefilim. Jednego z naszych. I przetrzymujesz go gdzieś tutaj. 
-Taki pewny? Chcesz to zapraszam. Sprawdź. Przeszukaj cały nasz Bar. Jestem pewien, że nic nie znajdziesz. - Zaśmiał się i odwrócił. 
-To podstęp. - Syknęła cicho Kyla. 
-Wiem. Wiedzą, że go nie znajdziemy, bo mają gdzieś tajne pomieszczenie. Bądź ostrożna i idź za mną. Nie pozwól by nas rozdzielili. - Przysunąłem moją lewą dłoń do ust i dotknąłem nimi sygnet z białym kamieniem, który mam na palcu. - Nathan Lightwood. - Szepnąłem i opuściłem rękę. - Ale pozwól Ahirl, że nie schowamy broni. Wybacz, ale nie ufam ani tobie, ani twoim ludziom.
-Nie ma sprawy. Chociaż to ja powinienem czuć się tutaj urażony. To wy wdarliście się do naszego domu i zabiliście kilkoro z moich ludzi. To ja powinienem być tutaj nie ufny wobec was. Ale znajcje moje dobre serce. Wybaczam wam. - Sygnet stał się bardzo chłodny, co oznacza, że jestem daleko od Nathana. Ale nie dalej niż sto metrów. Taki zasięg ma pierścień. Ten sygnet to dar od Liry, czarownicy, którą niegdyś kochałem. Później przygarnął ją pewien włoski czarodziej i wyjechała z hiszpanii. Zostawiając mi na pożegnanie ten magiczny sygnet "Wypowiedz nazwisko, a pierścień zagra z tobą w ciepło-zimno. Odnajdziesz swój cel gdy sygnet zacznie parzyć. Ma zasięg o promieniu stu metrów. Twoja Lira. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś cię ujrzę najdroższy." Przypomniałem sobie jej ostatnie słowa do mnie. I jej słodki uśmiech. Odgoniłem szybko wspomnienia i z Kylą ruszyliśmy raz jeszcze przez budynek. W jednym z pokoi na piętrze sygnet zaczął mnie parzyć. To tu. Ale gdzie jest przejście? Gdzie oni schowali Nathana. 
-Nathan! Gdzie jesteś?! Idziemy po ciebie! - Wrzasnąłem. Ujrzałem wykrzywioną minę Ahirla i jego dwóch przybocznych. 
-Max! - Zza jednej ze ścian usłyszałem słaby krzyk Lightwooda.
-Nie ma tu żadnego nefilim co? - Zwróciłem się do Ahirla. Ten warknął i rzucił się na mnie. 
-Pożałujesz tej decyzji młody łowco. - Gdy ja walczyłem z nim. Kyla rozpoczęła starcie z grupą vampirów, które ją otoczyły. - Ty i twoja przyjaciółeczka zgnijecie tutaj wraz z panem szanownym Lightwoodem.
-Mylisz się. Dzisiaj ty zginiesz tutaj. 
-Ho ho hoo jaki pewny siebie mały nocny łowca. 
-Pewny siebie? Owszem. Ale i dotrzymujący słowa. - Powiedziałem wbijając moją rękę w jego klatkę piersiową. Na wszelki wypadek na lewej ręce zawsze pod rękawiczką skrywam stelaż z adamasu. Szkielet kości na ręce. Najtwardszy metal. Z łatwością przebiłem mu ręką ciało. Złapałem w dłoń jego serce. Walki ustały. Wszystkie vampiry patrzyły na mnie. - To koniec waszego przywódcy. - Powiedziałem wyciągając rękę. W dłoni ściskałem jego serce. A jego ciało upadło u moich stóp. Rzuciłem serce gdzieś w kąt i mieczem rozwaliłem ścianę za którą słyszałem Nathana. 
-Nic ci nie jest? - Podbiegła do niego Kyla i rozwiązała oraz poodczepiała od niego różne rurki. Słyszałem jak co raz to więcej vampirów pojawia się w pomieszczeniu powtarzając jedno zdanie. "Ahirl nie żyje." 
-Lepiej się stąd wynośmy. - Powiedziałem pomagając wstać chłopakowi. Wziąłem jego stele leżącą kawałek dalej na podłodze i uaktywniłem jego Iratze. Następnie chowając mu ją w kieszeń jeansów. - Dasz radę iść? 
-Nie bardzo. 
-To skacz. - Powiedziałem niszcząc deski zasłaniające okno. 
-On nie ma siły Max. 
-Żeby przebiec przez rozwścieczony klan vampirów. Ja też. Ale na skok stać całą naszą trójkę. Skacz Kyla. - Powiedziałem biorąc Nathana na ręce. Wyskoczyłem przez okno i upadłem nisko na nogi zacząłem biec nie czekając na Kyle. Dogoni mnie. Jak zawsze.
***
-Rego ty zdrajco! Wprowadziłeś nefilim do naszego hotelu! Czas cię ukarać! - Słyszałam wrzaski Briegena. Szukali go. Ogłuszył kilkoro vampirów nim się rozdzieliliśmy. Wyczuli anielską krew w pobliżu. Do końca nie wiedzą gdzie jestem, bo Rego zakamuflowł mój zapach swoją krwią. Tak moja twarz, ręce, nogi i ubrania są wymazane w jego krwi. Znaleźć Samanthe. Hotel jest ogromny. Ma sześć pięter. Z parterem siedem. I trzy poziomy w dół. Ten hotel jest schronieniem dla vampirów z całego kraju, nie tylko naszego miasta. Wiele vampirów z innych miast przybywa tu by dołączyć do klanu vampirów w Madrycie w Muerte De La Vida. Jak znaleźć jedną przyziemną w tak wielkim hotelu pełnym vampirów. Cholera przydał by się tu Max i jego dar od Liry. Sygnet, który od niej otrzymał jest bardzo stary. Ciekawa jestem skąd tak młoda czarownica jak Lira wytrzasnęła ten sygnet. Błądziłam korytarzami w poszukiwaniu przyziemnej we wszystkich pokojach, które napotkałam na swojej drodze. 
-Isabelle. - Nagle przede mną pojawił się Rego. 
-Wystraszyłeś mnie. 
-Wybacz. Zabiłem Patricie. Dario i Anabeth zostali pojmani. Ale Briegen i Kurt uciekli. Chodź. Simona wskaże nam gdzie jest Samantha. Była przez długi czas sam na sam z Briegenem. Nikt nie wie co się tam działo. Uważaj. Ona może stać się vampirem. - Vampirzyca zaprowadziła nas do jednego z pokoi Elity mieszczącym się na piątym piętrze. 
-Samantha? - Podbiegłam do dziewczyny leżącej na czerwonej kanapie. Miała nieobecny wzrok. - Co jej jest? - Spytałam patrząc na Simone i Rego. Podszedł do nas i nachylił się nad nią. 
-Jest na haju. Briegen czymś ją naszpikował. Pewnie chciał ją wykorzystać. Rano niczego nie będzie raczej pamiętać. Albo większości zdarzeń. Dasz radę ją zabrać?
-Tak. Od czego ma się runy? Siły mi starczy. Nie martw się. Zajmij się swoimi ludźmi. Zajrzę do ciebie jutro. Obiecuję. To będzie zwykła przyjacielska wizyta. 
-Nie musisz Isabelle. 
-Wiem. Ale chcę. Bo to ważne. Dla nas obojga.
***
-Hugo. Zmiana. Twoja warta przy niej skończona. Daj mi ją. Idź odpocząć. Wróć za kolejne pięć godzin. 
-Ice. Jesteś przed czasem. 
-Tak wyszło. Zmiana bracie. 
-To już prawie połowa czasu. Dziesięć godzin minęło. Ciekawe jak sobie radzi.
-Miejmy nadzieję, że dobrze. 
-Musi wrócić. 
-Wróci. Inaczej Izzy ją rozszarpie. - Zaśmiałem się odbierając od niego dziewczynę.
***
Szłam wzdłuż ulicy. Tylko ta jedna prowadziła od lunaparku w którym się znalazłam. W końcu po nie wiem jak długim czasie ujrzałam kolejny lunapark. Tym razem normalny. Działający. Było w nim kilka dzieciaków. Podeszłam do nich. 
-Cześć. 
-Hej. Klara jesteś wreszcie. 
-Słucham? - Odwróciłam się by się upewnić, że jej słowa były skierowane do mnie. Nikogo innego wokoło nie było. - Ja nie jestem Klara. 
-Nie? Ale wyglądasz jak... Chodź z nami. - Powiedziała i ruszyła, a za nią chłopak i dziewczyna, którzy z nią stali. Podeszła do grupy osób. - Jest tu Klara? 
-Co chcesz? Mówiłam, że zaraz do was przyjdę. 
-Jest ciebie dwie. 
-Co?
-Jest tu dziewczyna identyczna jak ty. - Przez grupkę osób przecisnęła się dziewczyna wyglądająca tak samo jak ja. W tym momencie wróciły do mnie wspomnienia. Weszłam do swojego umysłu. Zostałam uwięziona w ciele dziewięcioletniej dziewczynki, którą niegdyś byłam. Na przeciwko mnie stoi moja dusza. Identyczna jak ja. Muszę zabrać ją ze sobą nim będzie za późno. Właśnie... Skąd mam wiedzieć kiedy będzie za późno. Chyba muszę się spieszyć. 
-To niemożliwe. - Powiedziałam przerywając ciszę. - Odnalazłam moją siostrę. Odzyskałam siostrę! - Powiedziałam głośniej i weselej. 
-Mam siostrę. Mam siostrę bliźniaczkę. Ja naprawdę mam siostrę. - Ucieszyła się moja dusza. Albo Klara. Bo takie imię tu otrzymała. Złapała mnie za ręce i zaczęłyśmy skakać w kółko. 
-Mogę ją wam porwać na jeden dzień? Chciałabym trochę czasu spędzić z moją siostrą nim odjadę. 
-Nie ma problemu. Z przyjaciółmi przyjdę tu jutro. - Powiedziała Klara. Złapałam ją za nadgarstek i pociągnęłam ku wyjściu z wesołego miasteczka. Pobiegłyśmy wzdłuż ulicy ku staremu, zapomnianemu lunaparku. 
-Wygląda trochę strasznie. Wracajmy. - Powiedziała. 
-No co ty. To wygląda jak jeden wielki dom strachów. Miasteczko Strachów. Chodź, idziemy. - Pociągnęłam ją wbiegając z nią w głąb lunaparku.
Otworzyłam oczy. Siedziałyśmy w zardzewiałej kolejce górskiej. Wagonik właśnie ruszał. Przed nami był wielki spad w dół. Obie zaczęłyśmy wrzeszczeć. Ale moment. Jak ja się tu dostałam. Ile czasu jestem tu z Klarą? Muszę ją zabrać do wyjścia. Muszę się stąd wydostać. Gdy kolejka się zatrzymała z uśmiechami opuściłyśmy wagonik. 
-Gdzie teraz? - Spytała mnie. 
-Gabinet luster. - Powiedziałam, a ona pociągnęła mnie w jego kierunku. Za jednym z tych luster kryje się wyjście. Muszę je znaleźć. Weszłyśmy tam i szłyśmy korytarzem trzymając się mocno za dłonie. Miałyśmy niezły ubaw. Na jednym z luster mignął mi jakiś symbol. - Czekaj. - Powiedziałam zatrzymując się. Podeszła do mnie. - Spójrz. - Powiedziałam dotykając symbolu smoka. Lustro cofnęło się w głąb i schowało w bocznej ściance. Ścisnęłam mocniej dłoń Klary i weszłam przez otwarty portal w ciemność.
Gdy otworzyłam oczy ujrzałam twarz Isaaca. 
-Udało Ci się. - Powiedział i powoli położył mnie na kanapie. 
-Jesteś cała? - Obok pojawił się Hugo. 
-Tak. Chyba tak. 
-Opowiadaj. Co widziałaś? 
-Czekaj. Mieliście się zmieniać tak? Gdy zasypiałam trzymał mnie Isaac. Po pięciu godzinach miała być zmiana. I kolejne pięć godzin miał mnie trzymać Hugo. Kolejne pięć znów Isaac. I ostatnie cztery Hugo. Czemu jestem w rękach Isaaca?
-Nastąpiła mała komplikacja. Przez jedenaście godzin i trzydzieści minut krew miała być z ciebie spuszczana. Przez godzinę miałaś być bez krwi w żyłach. Ice zmienił mnie dziesięć minut szybciej. Gdy po siedemdziesięciu minutach wciąż nic się nie działo Ice podjął się ratowania ci życia. Wypalił sobie oraz tobie runę wiążącą. Ma ona na celu utrzymywać przy życiu drugą osobę, której ten znak wypalamy. Musi on być w tym samym miejscu u obu osób. - Powiedział Hugo dotykając ręką swojego lewego obojczyka. - Byłaś martwa przez pięć godzin. Gdy wróciłem Ice ledwo stał na nogach. Ale nie pozwolił ci upaść. Oddał mi ciebie dopiero gdy krew zaczęła płynąć dalej przez rurki. Gdy odebrałem ciebie z jego rąk. Padł nie przytomny na kanapę. Nawet nie mogłem sprawdzić co z nim jest. Obudził się trzy godziny później. Na kolejne dwie poszedł na drzemkę do siebie. Przez kolejne pięć godzin czuwał tu nad tobą, trzymając cię. 
-Więc to pewnie stąd ta luka w pamięci. A gdzie Izzy? I co z moimi przyjaciółmi? I waszym bratem? Co z Nathanem? 
-Spokojnie. Wszyscy są cali. Śpią w pomieszczeniu obok. Są zmęczeni. Ty też się prześpij. Jutro zdasz nam raport. - Powiedział Hugo. 
-A Izzy i jej oddział mi. 
-Oczywiście. A teraz śpij. - Powiedział Ice. Podszedł do mnie i ucałował mnie w czoło. 
-Dobranoc Dalio. Będę nad tobą czuwać. Śpij spokojnie. - Powiedział Hugo rozsiadając się w fotelu.

Rozdział 3 - Przebudzenie

Powoli odzyskiwałam przytomność. Otworzyłam z trudem powieki. Znowu leżałam na sofie w małym saloniku w instytucie. Przy stoliku obok siedział Hugo, Isaac i Izzy.
-Co się stało? - Spytałam podnosząc się.
-Nie wstawaj. - Isabelle szybko podeszła do mnie powstrzymując mnie.
-Straciłaś przytomność, więc ponownie przyprowadziłem cię tutaj. - Powiedział Hugo. Dopiero po chwili dotarło do mnie gdzie się z nimi udałam i co się wydarzyło.
-Gdzie Chris i Samantha? - Spytałam rozglądając się po pomieszczeniu.
-Dalia przepraszam. Nie wiem jak to się stało, ani w którym momencie. Twoi przyjaciele i nasz brat Nathan zaginęli. Jest duże prawdopodobieństwo, że zostali porwani. Przez wilkołaków lub vampirów. Nie martw się. Znajdę ich. Bynajmniej postaram się. - Powiedziała Izzy. - Chciałam być tą która przekażę ci te wiadomość. Chłopcy mówili, że nie ma co czekać i muszę wyruszyć jak najszybciej. Mieli rację. Ale nim zdążyłam zacząć się z nimi kłócić obudziłaś się. Dzięki Aniołom. - Westchnęła. - Martwiłam się o ciebie.
-Długo byłam nie przytomna? 
-Chwilę temu wróciliśmy z miasta kości. To spory kawałek do przejścia. Nie liczyłem ale tak coś około trzech godzin. - Powiedział Hugo. 
-To i tak krótko. - Dodała Izzy z uśmiechem. 
-Krótko? - Zdziwiłam się. 
-W przeszłości też miały miejsca takie zdarzenia. Najkrótszy śpiączki po badaniach cichych braci miał jakieś dwieście lat temu pewien młody nefilim. Był nieprzytomny dziewięć godzin i czterdzieści siedem minut. A najdłużej to chyba ponad dziewiętnaście godzin było nie? - Powiedziała Izzy spoglądając na brata. Isaac pokiwał głową na potwierdzenie.
-Dokładnie dziewiętnaście godzin i trzydzieści osiem minut. - Powiedział.
-Dobrze, że się obudziłaś tak szybko. Ominęła mnie kłótnia z braćmi. - Zaśmiała się. - Martwiłam się o ciebie.
-O mnie? Nawet mnie nie znasz.
-Ty nas też. A poszłaś z nami do miasta kości. Nie wiedząc na co się piszesz, ani czy ci nie zrobimy krzywdy.
-To prawda, że nie miałam pewności Iz. Ale czułam, że mówicie prawdę. Po za tym ... Demon. Widziałam go. A raczej młodego chłopaka, który nagle zaczął się przeistaczać w niego. Widziałam wasze świecące miecze. Chris złapał jednego z nich gdy szliśmy. Miecz natychmiast go poparzył i nawet przez tą chwilę w jego rękach nie świecił się. A ja ... Sami wiecie jak było. Kolejną rzeczą jest to, że ten kościół w którym jest instytut ... wiele razy przechodziłam obok niego i widziałam ruiny, a dzisiaj widziałam piękny kościół. Więc nie mogłam wam nie uwierzyć. Bo widziałam coś co wcześniej było dla mnie niewidoczne. Czy to brzmi dziwnie? Jakoś nie najlepiej się czuje i kręci mi się w głowie.
-To skutek wydarzeń z miasta kości. Czeka cię teraz straszne wyzwanie. W ciągu najbliższych kilku godzin stanie się coś ... Ice wyjaśnisz jej? Ty bardziej uważałeś na lekcjach niż ja.
-Bo byłaś zajęta flirtowaniem z kim popadnie.
-No wiesz ty co. Nie rób ze mnie takiej ...
-Już się nie gniewaj Izzy. Żartuje. - Wstał od stołu odkładając szklankę z wodą i podszedł do niej i ucałował ją w czoło. - Historia cię nudziła, wiem. Idź. Znajdź naszego brata i tych dwóch przyziemnych.
-Postaram się. A ty trzymaj się. - Zwróciła się do mnie. - Nie ważne co by się działo, nie poddawaj się. Pamiętaj. Czekam tu na ciebie. Powodzenia Dalio. Wróć do nas. - Powiedziała i wyszła z pomieszczenia.
-Więc tak. Możesz czuć się skołowana przez najbliższe godziny. Po prostu leż, odpoczywaj, nie przemęczaj się, ale nie zasypiaj. W pewnym momencie twoje ciało okryje błękitna mgła i uniesie cię w górę. Gdy twoje ciało opadnie, twoja dusza zostanie wyrwana z twojego ciała. Nie pozwolimy na to.
-Jak?
-Zatrzymując cię w górze. Będziemy musieli trzymać twoje ciało cały czas w górze, mniej więcej na tej wysokości na jaką się uniesiesz. Strzelam, że będzie to gdzieś tutaj. - Wyciągnął swoje ręce na wysokość mniej więcej środka klatki piersiowej. - Twoja dusza i tak we fragmencie zostanie oderwana od twojego ciała. Jej kawałek jest dozwolony. Ale nie cała. Jak cała się oderwie to koniec. Nic cię nie uratuje. Ale jak mówiłem ja i Hugo nie dopuścimy do tego. Gdy twoje ciało się uniesie wtedy cichy brat rzuci pewną inkantacje, a ty jakby zapadniesz w sen. Przejdziesz przez wrota świadomości. I będziesz musiała odnaleźć swoją duszę i sprowadzić ją do swojego ciała. Znajdziesz się w jakiś miejscu. Nie wiem jakie to będzie, każdy znalazłby się w innym. Będziesz musiała dokładnie zapamiętać gdzie się pojawiłaś. Co było pierwsze co zobaczyłaś i usłyszałaś. Znaleźć pierwsze podpowiedzi. Inaczej później będziesz się błąkać bez celu licząc na szczęście by znaleźć wyjście. Ale w tym ci nie pomogę. Nie wiem jak tam jest, nikt nie wie. Przekazano nam tę wiedzę w teorii, niepełną o pewne fragmenty. Takie jak właśnie ten szczegół. Będziesz musiała udać się w głąb miejsca w którym będziesz i odnaleźć swoją duszę. Będzie wyglądać jak człowiek. Jak ty. Jak twoja siostra bliźniaczka. Może być dobra, może być zła. Ważne jest, że będziesz mieć nie więcej niż dwadzieścia cztery godziny by znaleźć ją i sprowadzić do swojego ciała. Może wydawać się dużo, ale to mało. Tam czas płynie inaczej, szybciej. Więc strasznie mało czasu. Tym bardziej, że będą tam zastawione na ciebie pułapki mające zatrzymać cię tam na zawsze. Nie możesz na to pozwolić, bo skończy się to źle, dla ciebie i dla naszej dwójki. Stan w jakim się znajdziesz będzie bliski śmierci. I będziesz martwa przez godzinę. Widzisz tego anioła oplecionego rurkami? - Wskazał figurkę stojącą przy końcu sofy. Była to duża figura anioła. - Gdy zacznie się proces przyczepimy do ciebie obie rurki. Krew będzie powoli z ciebie odsączana przez rurkę z lewej ręki, będzie przepływać przez tą rurkę wokół całego anioła i spowrotem do ciebie poprzez drugi koniec rurki wbity w prawą rękę. Nim cała krew przepłynie od twojej lewej ręki, wokół tego anioła do prawej ręki mija dokładniej doba. Godzina mija od wyssania z ciebie ostatnich kropli krwi, przepłynięcia jej przez rurki do momentu wpompowania w ciebie pierwszych kropli twojej krwi.
-Robiliście już to kiedyś?
-Nie. Ostatni raz coś takiego miało miejsce jakieś sto lat temu.
-A pierwszy raz? - Spytałam z ciekawości.
-Niedługo po powstaniu nowego Clave. Wiele osób chciało zataić pewne informacje, więc sami zaczęli działać i wymazać sobie pamięć z kilku faktów na różne sposoby, zazwyczaj namawiali czarowników by im w tym pomogli. Cisi bracia później musieli odblokować im pamięć. Tak jak było to robione w twoim przypadku. Czasem działało. A czasem nie jak w twoim wypadku. Tak czy siak, nieważne czy zadziałało, czy nie gdy użyto na nich trzech darów przechodzili przez to przez co ty przejdziesz, bo to jest nieuniknione. Mieli wybór. Znaleźć swoją duszę i sprowadzić ją spowrotem i żyć, ale pierw oddać się w ręce Clave do osądu. Lub nie szukać swojej duszy i zostać uwięzionym w swoim ciele wraz z nią. Żyłabyś wtedy wiecznie w swoim umyśle, z czasem zapomniałabyś, że świat w którym jesteś został stworzony przez ciebie, jest twoją bezpieczną oazą, przystanią. Ale ta decyzja ma swoje konsekwencje. Ty i twoja dusza, zaczęłybyście stawać się inne, różne. Jedna dobra, druga zła. Zaczęłybyście rywalizować tam ze sobą, co skutkowałoby śmiercią twojego ciała. Ale mogłoby też być, że twoja dusza chciałaby zająć twoje miejsce. Wtedy zostałabyś uwięziona w swoim ciele i widziała i słyszałabyś wszystko co robisz, ale nie miałabyś na nic wpływu, bo to nie ty byś podejmowała decyzje, byłabyś tylko obserwatorem swojego życia. Albo co najgorsze chyba. Zaczęłybyście się scalać w jedność i wyłoniły byście się jako jedna osoba. Miałabyś wtedy zaburzenia psychiczne, schizofrenia, napady lękowe i kto wie co jeszcze. Musisz przechytrzyć swoją duszę. Nim minie wyznaczony czas musisz ją przyprowadzić do wyjścia i przejść razem z nią. Bo gdy minie czas. Gdy miną te dwadzieścia cztery godziny twoja dusza zacznie mieć świadomość tego co się stało i co może zrobić, a może zacząć żyć sama, własnym życiem, bez ciebie. Ta martwa godzina będzie dla ciebie najgorsza. Odczujesz to będąc tam. Zaczniesz mieć trudności. Jakie? Nie mam pojęcia. Ale będzie to dla ciebie znak, że połowa czasu minęła. Jest tam inna jednostka czasu. Nie wiem dokładnie jaka. Czy czas tam płynie dwa razy szybciej? Może trzy razy szybciej? Nie mam pojęcia. Nasza godzina, to może być dwadzieścia minut w tamtym świecie. A może być tak, że nasza godzina to trzy godziny tamtego świata. Chociaż wątpię. Mówione było, że czas tam płynie szybciej niż tu. Ale różnie bywa. To zależy chyba od człowieka. Nie odnotowano bynajmniej jeszcze by czas tam płynął wolniej niż tu. Chyba, że nikt się do tego nie przyznał. A jest to możliwe.
-To straszne. I aniołowie to nam zesłali? To jest dar dla nas?
-To nie dar. To kara za to, że staramy się coś ukryć przed światem, przed rodziną, przyjaciółmi. Przed Clave.
-Ale to nie był mój wybór. Ja nie chciałam nic ukrywać. To ... rodzice mi to zrobili. Znaczy chyba rodzice.
-Dlatego teraz cierpisz za ich grzechy.
-Dobra koniec wyluzuj Ice. - Do rozmowy wciął się Hugo. - Przypominasz coś sobie? Cokolwiek?
-Coś tak. Ale niewiele. Obce twarze. Przewijało się tam wiele osób. Ale te twarze, większość z nich jest zamazana. Dwie z nich często się powtarzają. Z krótkich wątków rozmowy co słyszałam wnioskuje, że to oni odpowiadają za to - Wskazałam na swoją głowę. - co mi zrobiono z mózgiem. Myślę, że to oni są moimi rodzicami.
-Jeśli nie teraz, dowiemy się wkrótce. Po powrocie powinnaś sobie wszystko przypomnieć.
-Albo chociaż większość. - Wtrącił Ice.
***
-Max, Wels jesteście wolni? - Spytałam wchodząc do pokoju Maxa bez pukania. Było po dziewiątej rano. Obaj leżeli na jego łóżku i grali w jakąś planszówke dla przyziemnych.
-Jasne. A o co chodzi? - Powiedział Max patrząc na swojego brata.
-Przypisuje was do mojej misji.
-Od kiedy pracujesz z nami, a nie z braćmi? - Spytał Wels.
-Od kiedy mają ważną misję.
-Cała czwórka? - Dopytywał.
-Wiecie, że udaliśmy się do miasta kości?
-Tak. Wasza piątka i ta blondynka, którą uratował Hugo.
-Raczej ta, która uratowała jego. - Zaśmiał się z mojego brata Max.
-Śmiejcie się. - Przewróciłam oczami. - Więc. Dalia chciała odzyskać pamięć. Miecz nie zadziałał, sztylet również ...
-Więc użyto na niej igieł chwały co zaburzyło jej jestestwo i grozi jej śmierć.
-Właściwie ostrza chwały. - Poprawiłam Welsa. - Ale tak. Więc Hugo i Ice pilnują jej i będą jej pomagać w przejściu ... Alex został wezwany do Idrisu. Nikt nie wie po co.
-A Nathan?
-No właśnie. Jest duże prawdopodobieństwo, że został porwany. Wraz z dwojgiem przyziemnych, przyjaciółmi Dalii, którzy udali się z nami do miasta kości. Porwali ich albo vampiry, albo wilkołaki. Niezależnie kto, musimy odbić całą trójkę. Najlepiej żywą.
-To jest akcja na jaką czekałem. - Ucieszył się Wels. - Zawsze to wasza grupa zgarnia te najlepsze misje.
-Wkrótce to się może zmienić. - Mruknęłam pod nosem.
-Co? Jak to? - Spytał Max.
-Nieważne. Szykujmy się. Nie ma co zwlekać. Nie możemy pozwolić by podziemni zrobili krzywdę tej trójcę. To podchodzi pod naruszenie porozumień. A wszyscy wiemy, że spora grupa wilkołaków i vampirów w naszym mieście jest dobra. A tylko grupa się odłączyła tworząc złą siedzibę swojej rasy. Ucierpią wszyscy. W tym twoja ukochana Ellia. - Szepnęłam ostatnie zdanie w stronę Maxa.
-Skąd o niej wiesz? - Zaniepokoił się.
-Nie martw się nikomu nie powiem.
-Skąd masz pewność, że to ci źli podziemni stoją za porwaniem? A może to ci dobrzy, którzy mają z nami dobry kontakt? - Spytał Wels.
-Nie narazili by się Clave. Więc to musi być ta zła grupa. Idziemy. Czekajcie w sali treningowej. - Powiedziałam wychodząc z pokoju. Ruszyłam dalej korytarzem wchodząc do pokoju Selin.
-Iz. Co cię do mnie sprowadza?
-Bierz siostrę. Idziemy na misję.
-Teraz? Właśnie zażywam relaksu. - Wisiała na szarfach głową w dół i czytała książkę.
-Mój brat zaginął. Nathan został porwany przez vampiry więc rusz swój tyłek idź po siostrę i widzimy się za chwile na dole w sali treningowej.
-Co? Co powiedziałaś? Brat ci zaginął? Jaki brat? - Spytała zerkając na mnie z nad książki. A może spod książki? Nieważne. Oczywiście jak zawsze słucha wybiórczo.
-Porwano mi brata. Twój ukochany Nathan. Zaginął. - Powiedziałam a jej książka wyleciała z dłoni.
-Co?! - Teraz dotarło do niej co powiedziałam. Straciła równowagę i spadła na podłogę. Niezgrabnie wyplątała się z szarf i stanęła przede mną. - Jak to Nathan zaginął?
-Został porwany. Idziemy na ratunek. Jego i dwóch przyziemnych. Ja dowodzę. - Zaznaczyłam wiedząc, że ona zaraz będzie chciała przejąć dowodzenie nad misją.
-Ale to twój brat. Nie chce cię urazić, ale źle to się może odbić na naszej grupie.
-Źle się może odbić na naszej grupie twoje dowodzenie. Bo pozwalasz wpływać na swoje zachowanie swoim uczuciom. Jesteś zakochana w moim bracie. Wyznaj mu to w końcu, bo będzie za późno. - Zrobiła zdziwioną minę.
-Dobrze szefowo. Przebiorę się i lecę po siostrę. Za pięć minut będziemy.
-Macie dwie. - Powiedziałam i wyszłam ruszyłam do sali treningowej. Tam bracia Bluemerry już na mnie czekali.
-Idziemy? - Spytał Max.
-Czekamy na resztę zespołu.
-Nie mów, że wzięłaś ... O nie. Wzięłaś je. - Powiedział widząc wchodzące do sali siostry Blacktorn.
-Działamy w pięcioosobowym zespole. Tak wiem to niestandardowe. Ale nie mamy więcej czasu. Reszta gdzieś się ulotniła. Albo ruszyli na polowanie na kolejne demony, które jak wiecie coraz częściej się pojawiają. Brandon i Fred poszli do Kamilah Shrei. Czarownicy. By znaleźć portal przez który przedostają się tutaj demony. Bo podejrzewamy, że takowy został otwarty. Nasze zadanie jak już wspominałam. Udać się do kryjówki vampirów i wilkołaków i uwolnić mojego brata Nathana i dwójkę przyziemnych.
-Jak chcesz wejść do siedziby vampirów? Nie wpuszczą nas tam.
-Znam kogoś kto wie jak tam wejść. Nie mamy czasu, a musimy odwiedzić dwa miejsca, które znajdują się po przeciwnych krańcach miasta. Dlatego Max i Kyla pójdziecie do siedziby vampirów. A Wels i Selin do wilkołaków.
-Dlaczego rozdzielasz parabatai? - Spytał Wels patrząc na siebie i brata.
-Wiem, że to niestosowne i w ogóle. Ale Teraz przede wszystkim jesteście nocnymi łowcami, nie bratnimi duszami tak? Rozdzielam wasze obie pary parabatia by zrównoważyć siły w obu zespołach. Wy idźcie w wyznaczone miejsca. Udam się do przyjaciele i poproszę by pomógł mi wejść do Baru pod Orłem. I dam wam znać. - Wskazałam Maxa i Kyli. - Wtedy wchodzicie. W zależności od tego jaka będzie sytuacja pójdę pomóc albo wam, albo wam. Bądźcie cały czas w kontakcie. - Powiedziałam podając im komunikatory.
-Czuję, że to się źle skończy. - Szepnęła Kyli.
-Oby nie. Mamy za mało ludzi by wykonać te misję. Powinno nas być co najmniej ośmioro. Musimy sobie poradzić w piątkę. Zakamuflujcie swój zapach, dzięki temu zyskacie kilka cennych minut nim wilkołaki się zorientują, że ktoś jest na ich terytorium. Bądźcie ostrożni i cicho. Uważajcie gdzie stawiacie stopy. Nie bez powodu wybudowali sobie domki w lesie. Usłyszą każdy trzask gałązki, każdą poruszoną pułapkę, a zapewne kilka lub kilkanaście mają zastawionych. - Wels pokiwał głową w potwierdzeniu.
-Jakaś rada dla nas? - Spytała Kyli.
-Nie dajcie się ugryźć. - Zaśmiałam się.
-Taa. Nie chce być na haju będąc w siedzibie wroga.
-Macie ich znaleźć i uwolnić. Jak najlepiej załatwić to po cichu, bez ofiar. Ale może być ciężko to osiągnąć. Ruszajcie. - Powiedziałam, a oni wyszli z sali treningowej i udali się ku wyjściu, a ja za nimi. Jedni ruszyli biegiem w prawo, drudzy w lewo. A ja? Udałam się do Rego. W między czasie zadzwoniłam do Hugo i poprosiłam o Dalię do telefonu.
-Co chcesz Izzy?
-Wyślij mi zdjęcia tych twoich przyziemnych. Potrzebuje kogoś spytać czy może ich widział.
-Dobra. Zaraz wyślę.
-Dzięki. Cześć.
-Pa. - Kilka minut później dostałam smsa od nieznanego numeru. W załączniku miałam dwa zdjęcia. Wysłałam je pozostałym z dopiskiem "Tych przyziemnych szukamy."
-Isabelle. Przyszłaś. - Powiedział z lekkim uśmiechem Rego gdy otworzył mi drzwi wpuszczając mnie do środka.
-Tak. Ale nie po to co obiecałam. Wybacz.
-Co się stało?
-Mówiłam ci, że zaginęli przyziemni.
-Tak wspominałaś.
-Mój brat również. Powiedz mi proszę. Jak wejść do Baru Pod Orłem.
-Mam ci wydać wejście do tajnej kryjówki?
-Oboje wiemy, że żyją tam vampiry, które, nie żyją zgodnie z prawem. Clave pozwala im żyć tylko dlatego, że kilku z nich bardzo się przysłużyło czternaście lat temu Clave. Chociaż raz zrobili coś dobrego. Ale za to bardzo ważnego.
-Jak wyglądali ci twoi przyziemni? - Spytał nagle.
-Ty coś wiesz. - Otworzyłam usta w zdziwieniu. - To nie banda Spod Orła ich porwała tak? - Pokręcił głową.
-Nie wiem. 
-Chcesz powiedzieć, że twój klan porywa przyziemnych?
-Nie wiedziałem do dziś. Dowiedziałem się przypadkiem. Widziałem jak Patricia i Briegen porwali z ulicy dwójkę przyziemnych i zabrali do siedziby. Patricia się wszystkiego wyparła jak powiedziałem. A on. Briegen - Zaśmiał się. - Przyznał mi się prosto w twarz. I szydził ze mnie i śmiał, że jako jedyny nic nie wiem. Chociaż prawdą jest, że wielu też nie wiedziało, ale to szczegół. Nie zgłaszaj tego. Proszę. Postaram się z innymi zapanować nad nimi.
-Nie jesteś liderem. Nie posłuchają cię. - Skwitowałam smutno i podałam mu telefon z wyświetlonym zdjęciem chłopaka.
-Nie, jego nie widziałem. - Przewinął na następne zdjęcie. - Ale ją tak. - Spojrzałam na niego.
-Czyli nie ma jej w barze pod orłem? Wysłałam ludzi w złe miejsce.
-Niekoniecznie. Kilka dni temu słyszałem jak Ahirl mówił coś, że zamierza porwać jakiegoś nefilim.
-Po co? - Spytałam.
-By za pomocą jego krwi stworzyć wiele dawek vampirzego narkotyku.
-Tak. Krew nefilim jest dla vampira, jak heroina dla przyziemnych.
-A jad vampira jest tym samym dla nefilim.
-Mają go tam prawda? Nathana?
-Bardzo możliwe. Nie osuszą go od razu nie bój się. Będą go utrzymywać przy życiu przez wiele dni, może tygodni. By więcej krwi z niego wytoczyć. - Rego ścisnął mnie za ramiona próbując mnie uspokoić. To co usłyszałam ... Potrząsnęłam gwłatownie głową by odgonić złe myśli.
-Nic mu nie jest. Nic mu nie jest. Nic mu nie jest. - Powtórzyłam cicho kilka razy. Podziękowałam uśmiechem Rego za wsparcie. Włączyłam mój komunikator. - Zgłoście się?
-Max.
-Kyla.
-Wels.
-Selin. - Każdy po kolei się zameldował.
-Nie dołączę do żadnej z grup. Nim spytacie. Posłuchajcie. Nie wiem co i czy kogokolwiek znajdziecie u wilkołaków. Ale Max, Kyla uratujcie mojego brata. On tam jest. I cierpi. Spuszczają z niego krew dla durnych pigułek narkotyku. Wiem gdzie szukać przyziemną. Idę tam sama. Wels, Selin, bardzo możliwe, że ten przyziemny jest w łapach wilkołaków. Więc to zadanie dla was. Znaleźć go i uratować.
-A jeśli będą tam inni przyziemni?
-Jeśli są tam nie z własnej woli zabierzcie ich również. Max za chwilę wyślę ci wskazówki jak wejść do siedziby Ahirla. - Powiedziałam wyłączając komunikator. - Rego. Wiem, że nie powinnam o to prosić, ale... Wprowdzisz mnie do Hotelu Muerte De La Vida? - Śmierć Życia. Dobra nazwa dla hotelu. Kiedyś tłumy chciały gościć w tym hotelu. Tylko tu było wiele atrakcji, gdzie nigdzie nie było dostępnych. Byli oryginalni. Ale w końcu właściciel stał się pazerny. Zainwestował w kasyno. A trzy lata później zbankrutował i hotel zamknięto. Vampiry sobie go przywłaszczyły. 
-To prawda. Nie powinnaś o to prosić. Ale i mnie zaczynają drażnić co niektórzy. Władze w klanie chyba czas zmienić. Wiedz jedno Isabelle. Gdy tam wejdziemy każdy się rzuci na ciebie. Ja cię nie obronię. Zajmę się Elitą. Odszukam ich i wystosuje odpowiednią karę. Ty odszukaj przyziemnych i wyciągnij ich stamtąd. Postaraj się nie zabijać moich ludzi. 
-Twoich ludzi? 
-Jeszcze dzisiejszej nocy staną za mną. Ja będę Elitą z Muerte De La Vida. 
-A kto stanie u twego boku? 
-Czas pokaże. Ruszajmy. - To będzie ciężka wyprawa. Rego musi unikać słońca. A jest po jedenastej. Jeszcze sporo czasu nim zajdzie słońce. Musimy trzymać się cienia.
***
Brat Nicolaos od dwudziestu minut siedział z nami i czekał gdy nadejdzie moment mojego przekroczenia wrót świadomości. Brzmi okropnie. Myśl, że mogę już nie wrócić. Zostać uwięziona na zawsze w swoim umyśle. Być więźniem własnego ciała. Chłopaki przygotowali mnie jak mogli. Opowiedzieli wszystko co wiedzieli. Teoretycznie jestem przygotowana na to co mnie czeka, co nie zmienia faktu, że się boję. Gdyby mi wcześniej powiedzieli, że po użyciu trzech darów będzie mnie czekać coś takiego, czy podjęła bym inną decyzję? Chyba nie. Z tą wiedzą i tak poszła bym do cichych braci do miasta kości. Chęć odkrycia prawdy o samej sobie jest większa niż moje bezpieczeństwo. Zza myślenia wyrwał mnie dzwon wybijający czternastą. Nagle wokół mojego ciała zaczęła tworzyć się błękitna mgła. 
-Coś się dzieje. - Chłopcy spojrzeli na mnie gdy akurat moje ciało zaczęło się unosić do góry. Isaac podbiegł do mnie i wysunął ręce pode mną. Po chwili moje ciało opadło wprost na ręce Isaaca poczułam ból w całym ciele. Jakby coś się ode mnie odrywało. Moja dusza. 
-Trzymam cię. Spokojnie. - Zapewnił mnie Ice. - Emil. Znaczy... Bracie Nicolaosie zaczynaj. - Isaac zwrócił się do cichego brata, a ten zaczął recytować chyba po łacinie jakieś słowa. Inkantacje mające na celu wprawić mnie w sen i przenieść w głębię własnego umysłu. Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością. Nim nastała całkowita ciemność zapamiętałam tylko twarz chłopaka o pięknych, przenikliwych, brązowych oczach i czarnych włosach. Twarz, którą powoli zapominałam do kogo należy.
Gdy otworzyłam oczy ujrzałam przed sobą zdewastowany lunapark. A ja siedziałam na huśtawce i bujałam się w przód i w tył i w przód i tył. Słońce raziło moje oczy. Nie wiedziałam co się dzieje, gdzie jestem i dlaczego właśnie tutaj.

Rozdział 2 - Miasto Kości

-To tutaj. Przyziemni nie mają tu wstępu, więc wasza dwójka musi tu zostać. - Powiedział Alex.
-Ja tu nic nie widzę. - Stwierdziła Sami.
-No właśnie. Sterta kamieni, belek i piachu. - Hugo przewrócił oczami i namalował sobie coś na ręku stelą, następnie złapał Chrisa za dłoń. A ten zaczął się wyrywać. Nathan zrobił to samo ale za dłoń złapał Samanthe. Po chwili ich miny zdradzały, że widzą to co ja. Wejście z otwartą podwójną bramą na której zawieszone są szkielety. Jeden trzyma dwa miecze skrzyżowane na piersi, drugi łuk i strzałę. Oba szkielety pokrywała krew.
-Czy to ... Prawdziwa ... - Zaczęłam.
-Tak. Ludzka. - Powiedział Hugo.
-Izzy, Ice, Nathan wy zostańcie z przyziemnymi tutaj. My pójdziemy we trójkę.
-I mi w to graj. Za żadne skarby bym tam nie wszedł. Przerażające miejsce. - Powiedział Isaac.
-Nie martw się Dalio, zaopiekujemy się twoimi przyjaciółmi.
-Czemu nie mogę iść z nią? - Spytał Chris.
-Gdy przyziemni wejdą do miasta kości, zamieniają się w popiół. - Powiedział Isaac wskazując wejście. - Prochy wielu przyziemnych spoczywają przy tym wejściu.
-Zaczekam tu na ciebie. - Powiedział patrząc na mnie.
Weszłam za Hugo w tunel, Alex za mną. Po obu stronach wisiały szkielety, na niektórych wciąż były ubrania, jedni trzymali bronie inne nie. Hugo widząc jak się przyglądam szkieletom odezwał się. 
-Nie wszystkie należą do przyziemnych. Są tu też nocnych łowców. Vampirów. Wilkołaków. Czarowników. Faerii. - Mówił wskazując kły, pazury, rogi, rożki wróżek, kopyta czy liany zamiast pozostałości włosów na niektórych z nich. - I wszystkich tych, którzy sprzeciwili się Clave. Staremu Clave. Miały być przypomnieniem kim my jesteśmy wobec nich. Nowa rada po sporządzaniu od nowa praw i porozumiem. Po naradach i prawdopodobnie głosowaniu, postanowili zachować je. Teraz już nie stosują takich środków. Gdybyśmy się urodzili kilkaset lat temu groziło by nam coś takiego. 
-Przybicie siłą do krat i łańcuchów wbrew woli? - Spytałam nie wierząc w to co widzę i to co usłyszałam. 
-Tak. Straszne co nie? - Gdy korytarz skręcił w lewo zapadła całkowita ciemność. Hugo wcisnął mi coś w rękę. A po chwili nastała jasność. To światło biło od kamienia, który trzymałam w dłoni. 
-Co to? 
-Magiczny kamień. Świeci tylko w dłoniach nefilim.
-Jak miecze. - Zauważyłam. 
-Tak. Jak miecze. 
Szliśmy dalej. Było wiele rozwidleń korytarzy. Hugo prowadził nas na oślep. Doszliśmy do schodów prowadzących w dół. Więc zaczęliśmy schodzić krętymi, śliskimi schodami. Naliczyłam ich trzysta osiemnaście. Gdy stanęliśmy na dole przed nami było siedem rozwidleń korytarzy. Na środku stały cztery murowane anioły ustawione do siebie plecami. Ten z lewej trzymał sztylet i lusterko. Ten w środku pęk igieł i księgę. Ten z prawej kielich i miecz. A ten z tyłu pochodnie i wielką pięcioramienną gwiazdę w płomieniach. Podeszłam do posągów. Mój wzrok padł na miecz i napis na nim w niezrozumiałym dla mnie języku. Na mieczu widniał napis. "Nephilim: Facilis Descensus Averni".
-Co to znaczy? - Spytałam dotykając wyrzeźbionego napisu na murowanym ostrzu. 
- "Łatwe jest zejście do piekieł." - Powiedział Alex stając obok mnie. Wskazał palcem na drobny napis wokół kielicha. - Na kielichu piszę "Krew mówi kim jesteś." Na księdze "Mądrość jest największą zaletą nefilim. Droga do wiedzy nie należy do łatwych." Na tych igłach "Droga do prawdy jest kręta, a ból wyzwala." Na sztylecie "Śmierć wyzwala z człowieczeństwa i daje nam nie ograniczone możliwości." Na lusterku "To, że patrzysz, nie oznacza, że widzisz." Na pochodni "Światło znajdziesz nawet w najmroczniejszym miejscu." A na tym talizmanie "Siła przyjaźni jest większa niż cokolwiek innego." Każdy z tych przedmiotów wskazuję jedną z dróg prowadzących gdzieś indziej. A każdy z tych artefaktów jest ważną częścią kultury nefilim. Cisi bracia posiadają trzy z nich.
-A reszta? - Spytałam ciekawa.
-Clave dobrze je ukryła, by nikt niepowołany nie wszedł w ich posiadanie. Już raz dawno, dawno temu zostało udowodnione nam, że wszystkie artefakty w rękach jednego człowieka mogą wyrządzić wiele szkody. Był taki jeden nocny łowca. Valentine. Valentine Morgenstern. Miał jedno marzenie. Zniszczyć demony. Wszystkie. I wszystko co z nimi związane. Czyli wszystkich podziemnych. Bo w ich żyłach płynie krew demonów. W połowie ludzie, w połowie demony. Tym są podziemni. Ale nie wszyscy są źli. Z wieloma z nich nocni łowcy mieli bardzo dobre kontakty. Byli przyjaciółmi. Kochankami. A Valentine chciał zagłady podziemia. Ukradł kielich anioła. Lecz długo nie nacieszył się nim. Jego żona skradła mu go i uciekła. Przez ponad osiemnaście lat ukrywała siebie, kielich i córkę. Całe życie ją okłamywała. Ale, któregoś dnia w jej osiemnaste urodziny prawda wyszła na jaw. Tak jak ty miała w głowie blokady, które zaczęły słabnąć. I zaczęła widzieć świat cieni. Tego dnia odkryła, że jest nocnym łowcą. Ale też straciła matkę. Znaleźli i pomogli jej nocni łowcy z jej miasta. Tylko ona mogła odnaleźć kielich. I odnalazła go. Po wielu staraniach i wielu trudach jej i jej przyjaciołom udało się to. Znaleźli kielich. Oddali go wysłanniczce Clave, która miała go dostarczyć do Idrisu. Ale zaatakowano ją i kielich skradziono. Zrobiła to osoba, którą wszyscy darzyli zaufaniem, a która kiedyś popierała Valentina. Dał mu kielich i poświęcił wielu przyziemnych. Każdy kto napił się z kielicha anioła mógł stać się nocnym łowcą, ale nie każdy był na tyle silny by udźwignąć to. Niektórzy byli słabi i umierali. Ci co przeżyli służyli mu, bronili go. Zmusił czarownice by mu służyła, zatruwając ją jakimś cholerstwem. Później zdobył miecz anioła. W sumie dzięki pomocy swojego syna, który wydostał się z Edomu. Ciężka historia na inny dzień. Brakowało mu tylko lustra. Jego syn Jonathan podszył się pod brytyjskiego nefilim Sebastiana Verlaca. I tak mógł pozyskiwać wszystkie informacje z instytutu. Dowiedział się, że Clary z przyjaciółmi znaleźli lustro i ukradł je, ale został złapany. Chociaż w sumie uciekł, ale zdążono mu odebrać lustro. Clary je zniszczyła. Ale dowiedziała się, że to nie było prawdziwe lustro i uświadomiła sobie co nim było. Lustrem było pewne jezioro w Idrisie, którego nazwy nie pamiętam. Powinienem powiedzieć w starym Idrisie. Clary z przyjaciółmi zdała raport Inkwizytorce Clave.  Ta wydała rozkazy by zabezpieczyć jeziora. Wśród nich jednak był szpieg Valentina. Był Konsulem więc miał sporo informacji. I tak Valentine dowiedział się gdzie musi się udać by połączyć wszystkie trzy dary anioła. Jednak dzięki barierą rzuconym przez czarowników nie mógł się wydostać w żaden normalny sposób z miasta, ani przez portal. Królowa Faerii weszła z nim w układ i przeprowadziła go przez swoje królestwo do Idrisu. Stanął nad jeziorem. Stoczył walkę z córką i z chłopcem, którym się zajął po tragicznej śmierci jego matki. Zabił swojego przyrodniego syna. Ogłuszył i skuł swoją córkę. Chciał by była świadkiem tworzenia się historii. Połączył dary anioła. I wezwał anioła Raziela. Clary uwolniła się i zabiła swojego ojca. Wymusiła posłuszeństwo u wezwanego Raziela, a ten spełnił jedno jej życzenie. Mogła mieć wszystko. A poprosiła by zwrócił życie Jace'owi. Nikomu o tym nie powiedzieli. Nawet swoim przyjaciołom. Gdyby Clave się dowiedziało, że poprosiła o coś anioła ukarano by ją. Więc skąd wiem co się wydarzyło? Jak już parę razy było mówione. Stare Clave zostało zniszczone. Wybrano nową Radę i ustalono nowe prawa. A to co zrobiła Clary nie było niczym złym. Na ziemie zstąpiły anioły. Ustabilizowały sytuacje na świecie, zlikwidowali panujący chaos. Zesłali nowe dary. Oddali życie tym, którzy na to zasłużyli. Tak więc z popiołów Alicante wyszli ci za którymi tęsknili najbardziej w tamtym momencie nocni łowcy zebrani wokół prochów swojej stolicy. W tym moi przodkowie Robert Lighwood i jego syn Max. Oraz wielu innych nefilm. Ale także paru podziemnych, których brakowało co niektórym zebranym tamtego dnia. Powróciła czarownica Dorothea Rollins. Vampir Rafael Santiago. Oraz kilka innych nieznaczących i mało znanych podziemnych. Wskrzesili na dobre kilkoro zmarłych aniołów nawet. W tym także Raziela. Ale też anioła który prowadził Clary. Ithuriel. Oraz jeszcze trzech innych. Co zdziwiło wszystkich dali dary podziemnym. Wilkołakom ofiarowali również nieśmiertelność. Vampirom i czarodziejom ofiarowali płodność. W ten sposób powstały krzyżówki. Pół vampir - pół czarodziej, pół vampir - pół wilkołak, pół vampir - pół nocny łowca, pół czarodziej - pół wilkołak, pół czarodziej - pół nefilim, pół wilkołak - pół nefilim, pół vampir - pół przyziemny, pół czarodziej - pół przyziemny. Krzyżówka z nocnymi łowcami, była dość ryzykowna, bo radary nie reagowały na podziemnego w pobliżu, ponieważ miał w sobie krew anioła. Wiele lat zajęło udoskonalenie urządzeń. Co do krzyżówek z przyziemnymi. Byli w połowie czarownikami, więc znali magię, ale w połowie byli przyziemnymi więc byli śmiertelni. Ale mieli wybór. Freya dała im jedno zaklęcie, które może uczynić ich nieśmiertelnymi, jak ich rodzic. Warunek był taki by zaklęcie zostało rzucone nie później niż po skończeniu dwudziestu trzech lat. Pół vampir i pół przyziemny. Śmiertelnik łaknący krwi. Ale odczuwa mniejszy głód. Musi pić ludzką krew. Co najmniej litr dziennie, ale musi też odżywiać się zwykłym ludzkim jedzeniem. Może chodzić w słońcu. Ma wszystkie zdolności każdego vampira, szybkość, siła, wyostrzony słuch, węch i wzrok. Mogli uzależnić się od tego samego od czego normalny vampir, od krwi nefilim. I tak samo jego jad na nefilim działa tak samo jak zwykłego vampira. Może stać się nieśmiertelnym poprzez ten sam proces co każdy. Ma gwarancje że przeżyje. Minus jest taki, że nie ma pewności, że wciąż będzie chodzić w świetle słońca. Czterdzieści procent zostaje słonecznymi. Może nawet mniej. Freya, Raziel, Ithuriel, Ereynaa i Khailn ofiarowali również specjalny dar nocnym łowcą. Wybrani mogli zostać nieśmiertelnymi i stworzyć Bractwo Anioła. Do tego bractwa mogą też należeć podziemni. Jest to bractwo wspólnie walczące z demonami, które od czasów zniszczenia starego miasta coraz częściej nawiedzają nasz świat. Zyskali oni też możliwość podróżowania po innych wymiarach i czerpać z nich nauki by wiedzę nabytą tam przekazywać tu młodszym pokoleniom. By nieść pokój zarówno tam, jak i tu. Bo nie tylko nasz wymiar demony zaczęły częściej odwiedzać.
-Uważaj na niego. Lubi się rozgadać. Alex był prymusem z historii w szkole. - Powiedział Hugo. Chwilę później z jednego z korytarzy z pochodnią w ręku wyłonił się mężczyzna w kapturze w dłoni trzymał pochodnie, jej płomienie dawały światło na jego twarz. Miał zaszyte oczy i usta. A na twarzy blizny od wypalonych run. Wyglądał przerażająco.
-Przyszłaś dowiedzieć się prawdy o sobie? - Usłyszałam w głowie jego donośny i twardy głos. Spojrzałam na Hugo, a ten kiwnął głową. 
-Tak. 
-Chodź ze mną. - Powiedział i ruszył w ciemność. Ruszyliśmy w trójkę powoli za nim. Pokierował nas krętymi korytarzami aż w końcu się zatrzymał i stanął obok swych braci. 
-Nam nie wolno tam wejść. - Powiedział Hugo, łapiąc mnie za ramię tym samym zmuszając mnie bym się zatrzymała. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że to nie boli i nic nie poczujesz. Ale wydobywanie czegoś co jest w głębi ciebie ukryte nie jest łatwe. - Wyciągnął swoją stele. I na moim lewym ramieniu wyrysował dwie runy. - To runa siły, a to wytrzymałości. Pomogą Ci. - Powiedział i wskazał bym przeszła przez skalny łuk do pomieszczenia w którym stali cisi bracia. 
-Jesteś gotowa? - Spytał mnie. 
-Nie. Ale nie ma innego wyjścia. Zróbmy to. 
-Stań w kręgu. - Powiedział, a ja uczyniłam to. I wtedy usłyszałam nad sobą hałas. Spojrzałam w górę. W dół osuwał się długi, złoty miecz. Zawisnął na chwilę nade mną. A później osunął się jeszcze niżej dotykając mojego czoła. Raniąc je. Czułam jak po twarzy zaczyna lecieć mi krew. Wtedy ukazał mi się obraz. Nieznanych mi ludzi. Mówiących coś o moim bezpieczeństwie. 
-Nie możemy jej narażać. Świat nie może się dowiedzieć o jej istnieniu. Jeszcze nie.
-Jak długo chcesz ją ukrywać. Z roku na roku robi się coraz gorzej. Ma dziesięć lat. Czas najwyższy by nauczyć ją walczyć. Nie możesz jej wiecznie chronić.
-Wiecznie nie. Ale jeszcze kilka lat. Jeszcze kilka lat kochanie.
-Jeszcze kilka lat. - Powtórzyła kobieta łamiącym się głosem.
Ból stawał się coraz mocniejszy. Magia miecza wpływała na mnie coraz bardziej. W końcu ból stał się tak dokuczliwy, że wydałam z siebie przerażający wrzask. Długi nie kończący się krzyk.
-Magnus nie wycofasz się teraz. Wiesz, że nie możesz.
-To nie wyjdzie jej na dobre. - Mówił mężczyzna o azjatyckiej urodzie, w swoich czarnych włosach miał kilka czerwonych pasemek.
-Nie tobie o tym decydować.
-Ale to ja mogę wyrządzić jej krzywdę, nie ty. Ja będę czuł się odpowiedzialny za to.
-Nie będziesz. Bo cię zmuszę, a całą winę wezmę na siebie.
-Przestańcie obaj. - Głos w końcu zabrała kobieta stojąca przy nich. - Zgodziłeś się Magnusie. Nie możesz się teraz wycofać. 
-Nie chcę się wycofać. Chcę żebyście to przemyśleli.
-Już dawno to zrobiliśmy. - Powiedział mężczyzna. - A teraz zrób to.
-Wybacz skarbie. Kiedyś ci to wynagrodzę. - Powiedział zbliżając się do mnie. Z jego twarzy pamiętam tylko kocie oczy.
Nagle miecz poderwał się do góry, a ból momentalnie ustał. Wtedy coś przebiło moje serce. Spojrzałam w dół. W mojej klatce piersiowej tkwił sztylet o kościanej rękojeści. Był nieskazitelnie biały. Jak jego ostrze, które powoli zatapiało się głębiej we mnie. Im głębiej we mnie wchodził tym bardziej ból się nasilał. Starałam się stłumić chęć krzyku. Ale było to silniejsze ode mnie. Widziałam tylko ciemność i głos dochodzący znikąd.
-Musisz być silna kochanie. Któregoś dnia ci to wynagrodzimy. Ten świat jest zbyt niebezpieczny byś mogła go poznać. W swoim czasie dowiesz się o nim i będziesz szczęśliwa, że miałaś w miarę normalne dzieciństwo.
Po raz kolejny zaczęłam wrzeszczeć na całe gardło. Wtedy ukazał mi się kolejny obraz. Twarz mężczyzny z kocimi oczami. Kilka obrazów z nim i z tymi ludźmi z wcześniejszej wizji. Ale tym razem było jeszcze kilku. Słowa wyrwane z kontekstu, nie mające sensu. I nagle ból ustał. Mój wrzask również. To sztylet został wyjęty z mojego serca. Chwila ulgi na złapanie oddechu. Chciałam już opuścić krąg gdy mój brzuch przeszyły cienkie, srebrne, długie igły. Po raz kolejny wielka fala bólu. Igły powoli zatapiające się w moje jestestwo. Centrum mojej siły, duszy. Po raz kolejny z mojego gardła wydarł się ten przeraźliwy wrzask.
-Leilo musisz być silna.
-Lynn słyszysz? Nie poddawaj się. 
-To dla twojego dobra kochanie. Nic ci nie będzie. 
-Któregoś dnia znowu się spotkamy. I w końcu będziemy rodziną.
Słyszałam głos mężczyzny i kobiety w swojej głowie. Ale nic nie widziałam. Gdy igły zostały ze mnie wyjęte, mój wrzask ustał. Ledwo stałam na nogach. Zachwiałam się. Upadłam na kolana. Oniemiała, otumaniona, oszołomiona. Chwilę potem była ciemność. Poczułam jeszcze tylko ból w prawym ramieniu gdy zderzyło się ono z kamienną posadzką. 
***
Przeszła przez łuk do świętego miejsca gdzie cisi bracia już na nią czekali. 
-Jesteś gotowa? - Spytał brat Gregorion. 
-Nie. Ale nie ma innego wyjścia. Zróbmy to. - Powiedziała. Jej głos się lekko trząsł. 
-Stań w kręgu. - Powiedział Gregorion, a ona zrobiła to co jej nakazał. Miecz zaczął zsuwać się z góry na nią. Zetknął się z jej czołem. Jej oczy szeroko się otworzyły, ręce wygięły w tył. Z jej oczu poleciały łzy, krew z rany na czole zaczęła spływać w dół przez brew, oko na policzek, a z drugiej strony twarzy po nosie i do kącika oka by strumyk krwi zetknął się ze spływającymi łzami. Wtedy wydarzyło się coś czego nikt się nie spodziewał. Krzyku spodziewali się wszyscy, ale nie takiego. Przesączony mocą. Siła jej głosu sprawiła, że sklepienie i podłoga zadygotały. Z sufity posypało się kilka kamieni. My nie przygotowani na to pod wpływem jej głosu zostaliśmy niewidzialną siłą odepchnięci w tył. Z wielką mocą uderzyliśmy z Alexem plecami o ścianę by chwilę później niezgrabnie wylądować na tyłkach. Siła jej głosu nie pozwala nam wstać. Cisi bracia również zostali odrzuceni w tył. Niektórzy cofnęli się o kilka kroków, inni trochę dalej. Nieliczni ci z najmłodszym stażem tak jak my wylądowali na ścianie, lecz oni nie upadli jak my. Miecz szybko uniósł się w górę, a jej głos momentalnie ucichł. Jej ciało rozluźniło się. Ciało zachwiało się jakby linki marionetki nagle się zerwały, jej ciało było bezwładne, ale wciąż stała twardo na nogach mimo, że o reszcie jej ciała tak powiedzieć nie można było. Wtedy zobaczyłem, że z kamiennego postumentu wysuwa się sztylet. 
-Nie zadziałało. - Powiedziałem cicho. Martwiłem się o nią. Sztylet wystrzelił niczym z procy i wbił się w jej klatkę piersiową. Otworzyła oczy patrząc co się dzieje i skąd ten ból. Ostrze powoli zaczęło zatapiać się głębiej w jej sercu. Szybko wstałem i oparłem się o ścianę przygotowując na kolejną falę jej krzyku przesączonego mocą. Złapała się rękoma za brzuch i lekko zgarbiła, jej oczy były albo zamknięte albo przymknięte. Nagle się wyprostowała, wytrzeszczyła oczy i wygięła plecy w łuk, ręce rozłożyła na boki, głowa odchyliła się w górę i wtedy z jej gardła wydobył się wrzask. Wbijał mnie w ścianę. Alex, który wciąż siedział na podłodze kulił się pod naporem jej krzyku. Niektórzy z cichych braci, którzy byli już też przygotowani na pełen mocy jej krzyk, przesuwali się w tył od jej głosu. Sztylet szybko wysunął się z jej piersi jej ciało zachwiało się do przodu. Upadłem na kolana, brakowało mi tchu. Ciężko było mi oddychać. Alex szybko znalazł się przy mnie, klęcząc obok mnie. 
-Hugo. Wszystko dobrze? 
-Ta. Tak chyba tak. 
-To już koniec. Będzie dobrze. Chodźmy po nią. - Powiedział łapiąc mnie za ramię. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem jak z sufitu w dół zsuwa się okrągła rama w której umieszczone zostały igły. 
-Nie. To ją zabije. - Szepnąłem. Alex spojrzał tam gdzie ja. Rama zatrzymała się w okolicach jej szyi. Igły zostały spuszczone w dół na cienkich żyłkach. Po chwili jakby za sprawą magii, bo tak było przestały się bujać stabilizując się. I w ułamku sekundy wbiły się w jej brzuch. Moc jej krzyku napierała na mnie i Aleka przez którą wyginało nas w tył. Gdyby nie ściana za nami pewnie już dawno byśmy leżeli na podłodze. Z daleka rzuciło mi się w oczy, że jej oczy się wywróciły na drugą stronę. Białka jej oczu naszły żyłkami. Jej krzyk był mocniejszy od poprzednich. Echo rozchodziło się po całym pomieszczeniu i szło w głąb tuneli. Jej głos wdzierał mi się do mózgu. Głowa bolała nie do wytrzymania. Nim chwyciłem swoją głowę w ręce ściskając ją by zagłuszyć ból, chociaż to nie pomagało zobaczyłem że z jej oczu cieknie krew. W końcu nie wiem po jak długim czasie nastała cisza. Chwiała się stojąc na nogach. Upadła na kolana, a chwilę później przewróciła się na bok. 
-Dalia! - Krzyknąłem i szybko wstałem i pobiegłem do niej. - Dalia hej obudź się.
***
-Nie wiem jak Hugo i Alex mogą tam wchodzić z własnej woli. Hugo jeszcze rozumiem. Ale Alex? To nasz brat. A jest taki inny. 
-Oh przestań Ice. 
-Idę się rozejrzeć.
-Iść z tobą? - Spytałam.
-Nie. Zostań z Isaakiem, kto wie co mu strzeli do głowy gdy zostanie sam z przyziemnymi. Musisz go pilnować siostra. - Powiedział Nathan i ucałował mnie w czoło i powoli odszedł w głąb lasu. Chociaż jest młodszy ode mnie o dwa lata, zachowuje się jak starszy brat. 
-Co tam czeka Dalie? Znaczy dobra opowiadałaś nam kim jesteście, co jest grane, gdzie idziemy i po co. Ale chodzi mi tam. W tym cichym mieście. - Mówił przyziemny. Parsknęłam śmiechem. 
-Nie ciche miasto. A miasto kości w którym żyją cisi bracia. - Mruknął Isaac, poprawiając go. 
-No to w tym mieście kości. 
-Jak sama nazwa wskazuje miasto kości, bo pełno w nim kości. Szkielety na ścianach, sufitach, podłodze, porozrzucane pojedyncze kości. Niektóre szkielety mają wciąż fragmenty ubrań. Znajdziesz tam kości każdej istniejącej rasy. Was przyziemnych... 
-Skoro nasze kości tam są możemy tam wejść. Kłamaliście. - Krzyknął oskarżycielsko. 
-Nie. Gdy tam wejdziesz spalisz się pozostaną po tobie tylko kości, które staną się częścią tego miasta, dając mu więcej siły. - Powiedziałam spokojnie. 
-Dokładnie. I nie przerywaj mi, jak coś ci tłumacze przyziemny. Bo nie muszę tego robić. Mogę cię ignorować i pozwolić ci iść za swoją przyjaciółką i pozwolić ci spłonąć. 
-Przepraszam. - Mruknął cicho. 
-Jak mówiłem. Są tam szkielety wszystkich ras. Przyziemnych, nefilim, czarowników, vampirów, wilkołaków, nie rozdrabniając się faerii. Widnieje na nich krew. Na niektórych wciąż mięso. 
-Czyżby cisi bracia nie sprzątali w domu? - Za żartował przyziemny. Prychnęłam tylko. 
-Żarty przyziemnych. - Mruknął mój brat. - Jak nie znasz i nie rozumiesz naszego świata, nie wypowiadaj się na jego temat. 
-Ma rację. Możesz tym kogoś urazić. Dla ciebie to żart. Inni tego nie zrozumieją i się obrażą, przeklną cię. Mówiąc jeszcze o przyziemnych i mieście kości. Jak przejdziesz przez próg nie ma już dla ciebie ratunku. Więc cisi bracia czasami pokazują swą mroczną stronę i wychodzą do takiego przyziemnego kręcącego się po ich mieście i wiedząc, że i tak czeka go śmierć mordują go i przybijają do świętych łańcuchów. Wtedy ciało się nie spali. Czemu to robią? Bo kości mają wtedy większą moc. Cisi bracia są przerażający. Ale nie musicie się martwić. Nie zabijają niepotrzebnie, niewinnych. Rzadko posuwają się do przemocy. - Zapadła cisza. Przyziemni nie wiedzieli co powiedzieć więc milczeli. 
-Długo im to zajmie? - Spytała przyziemna jakiś czas później. 
-Droga do miasta kości jest długa i kręta. Zejście tam zajmuje trochę czasu. Żeby nikt nie powołany tam nie wszedł. Ale niektórzy odnajdują drogę. A właśnie są wyjątki wśród was, przyziemnych. Niektórzy giną zaraz po przekroczeniu tej bramy, inni po kilku, kilkunastu metrach. Inni zaś przy samym wejściu do centrum miasta. Tak zwana komnata aniołów. Są tam posągi czterech aniołów. 
-Czyli teoretycznie moglibyśmy wejść tam. - Powiedział niepewnie chłopak. 
-Teoretycznie. Praktycznie tak i tak byś zginął. Ten kto przekroczy święty próg anioła, - Wskazałam anielskie zdobienia łuku nad wejściem oraz anielskie bronie nasze łuki, miecze, sztylety, laski, lance, bicze i wiele innych. - a w swoich żyłach nie ma anielskiej krwi czyli nie jest nocnym łowcą, zostaje naznaczony. Tego znamienia nie widać. A krew takiej osoby zaczyna wrzeć, wypalać cię od wewnątrz w końcu staniesz w płomieniach i spalisz się żywcem. 
-Nie chce zamieniać się w kupkę popiołu. Jest dobrze jak jest. 
Nagle z głębi tunelu wydobył się krzyk rosnący w siłę z każdą chwilą. Przyziemni upadli na ziemie. Wgniatało ich w glebę, mnie i Isaaca wgniotło w ścianę. Gdyby nie to że oboje opieraliśmy się o budynek pewnie siła głosu powaliła by nas na kolana. Krzyk odbijał się echem od ścian tunelu. Była w nim zawarta moc, siła o jakiej tylko czytałam. Nie sądziłam, że jest to prawdą. Gdy wrzask ucichł spojrzałam na brata. 
-Dalej masz wątpliwości, że ma krew nefilim w żyłach? - Spytałam. 
-Nie. Już nie. Ale to... - Odsunął się od ściany i stanął na przeciwko wejścia. Przyziemni zdążyli już wstać. 
-Co to było? - Spytał, ale nie zdążyłam odpowiedzieć z głębi dopadł nas drugi wrzask wypełniony jeszcze większą ilością mocy. Przyziemni znów odlecieli do tyłu jakby pchnięci silnym podmuchem wiatru i upadli na ziemi. Ice upadł na kolana od siły jej głosu. Po kilku sekundach zapadła cisza. 
-Drugi raz? - Zdziwił się mój brat. 
-Przebili ją sztyletem. Oby nie było trzeciego wrzasku. Bo będzie ciężko. 
-Może tego nie przeżyć. Niech Hugo i Alex ich powstrzymają. 
-Od kiedy zależy ci na życiu tej blondynki? - Spytałam. Przyziemni się nie ruszali. Pewnie stracili przytomność. Nie dziwi mnie to. Może to i dobrze, bo nie słyszeli naszej rozmowy. Wtedy po raz trzeci dopadła nas fala wrzasku. Ice wciąż klęczał. Złapał się za głowę walcząc z bólem wdzierającym mu się w mózg. Siła jej głosu sprawiła, że osunęłam się po ścianie na ziemie siadając na tyłku. I w moją głowę przedzierał się jej wrzask. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Nawet unieść rąk do góry by złapać się za głowę, która odchylała mi się do tyłu. W końcu jej głos ucichł. Powoli otrzepywaliśmy się z szoku. Isaac szybko się podniósł i podbiegł do mnie i uklęknął przede mną. 
-Wszystko w porządku? - Spytał z troską. 
-Tak. Chyba tak. To raczej ja powinnam spytać ciebie. 
-Nic mi nie jest. - Uśmiechnął się. 
-To straszne co jej zrobili. Czeka ją wielka męka. I przekroczenie wrót świadomości. 
-Wiem. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę świadkiem takiego zdarzenia. Czytałem o tym. Ale to przekracza moje pojęcie. Czytać, a przeżyć... 
-Tak. Tak wiem bracie. Gdzie przyziemni? - Spytałam wstając i chcąc sprawdzić co z nimi. - Nigdzie ich nie widzę w pobliżu. 
-Nie mogli odejść. - Powiedział. - Po takich falach wrzasku powinni być nieprzytomni przez kilka do kilkunastu minut.
-Co tak stoisz? Musimy ich znaleźć.
-Co mi po nich? Nie moje zmartwienie.
-Isaac.
-Co?
-Jak myślisz? Sami nie odeszli. Ktoś ich porwał. Znając historię tego miejsca to pewnie podziemni. Podziemni uwielbiają porywać przyziemnych kręcących się przy wejściu do miasta kości. Bo ...
-Tak, tak wiem dlaczego. Zginą wchodząc tam. Przeżyją i zasilą ich armię gdy ich porwą. 
-Dokładnie Ice. - Powiedziałam i pobiegłam między drzewa. Wejście do miasta kości znajduje się przy starym, poniszczonym moście. Przyziemni nazywają go Ślepak, bo żeby na niego wejść potrzeba się wspiąć po poniszczonym moście, brak mu schodów, a by wejść na niego trzeba się wspiąć po ponad metrowej ścianie, która się kruszy. Pod mostem biegną tory, a pociągi jeżdżą tędy cały czas. Wokół mostu jest las. Kawałek dalej w głąb lasu znajduje się ścianka ze skał, wśród tych skał jest właśnie wejście do miasta kości.
-Hej! Ci przyziemni byli z nami! - Krzyczałam szukając jakichkolwiek śladów obecności podziemnych. Po kilku minutach znalazłam plamki krwi na liściach krzewu. Zaczęłam się rozglądać. - No przecież muszą tu gdzieś być. - Usłyszałam hałas łamanych gałązek za pobliskim pagórkiem. Wbiegłam na niego i ujrzałam znajomą twarz.
-Rego. - Chłopak powoli zwrócił swoją twarz na mnie, zaciskając pięść na czymś trzymanym w dłoni.
-Isabelle. Co tu robisz?
-To ja powinnam spytać ciebie.
-Jestem vampirem, więc korzystam z pięknej nocy i udałem się na spacer. Czy to dziwne?
-Nie. Ale to miejsce? Wiesz, że ostatnio zbuntowani nefilim urządzili sobie polowanie na podziemnych kręcących się przy miastach kości w różnych miastach i krajach? Kto wie czy i u nas to się nie stanie. 
-Często tu przychodzę. Czuję pewien sentyment. Wiesz ponad sześćset lat temu w tym miejscu byłem z przyjaciółmi tu na ślepaku, piliśmy, paliliśmy, dobrze się bawiliśmy. Wraz z dwoma chłopakami poszedłem się przejść tu w głąb lasu. Wtedy napadła nas grupa vampirów, trzech z nich dopadło do nas. Pili naszą krew, zmusili nas do picia ich krwi. Wysączyli z nas całą krew i zakopali na starym cmentarzu tam za lasem. Wyszedłem pierwszy. Przeżyłem. Kamel wyszedł pół godziny po mnie, okazało się, że jest słonecznym. Mark ... nie przeszedł transformacji. A pozostali przyjaciele ... szukali nas, ale nigdy nie znaleźli. Osiemdziesiąt lat musieliśmy się ukrywać by znajomi nas nie rozpoznali. Unikałem wszystkich prócz rodzeństwa. Nie mogłem ich od tak porzucić. Ale to był błąd. Z ósemki mojego rodzeństwa tylko trójka pozostała przyziemnymi do śmierci. Trójka została vampirami. Siostra z mojej winy, nie umiałem się opanować. Zabiłem ją. Chciałem by żyła. Nie mogła być martwa. Miała tylko piętnaście lat. Zakopałem ją i czekałem z nadzieją, że się odrodzi. I odrodziła się. Dwójka z mojego rodzeństwa stała się wilkołakami. A brat też z mojej winy. Dano mi ultimatum, albo poświęcę swoje życie, albo Tim zostanie wilkołakiem. Bałem się śmierci. Pozwoliłem by brat stał się wilkołakiem. Znienawidził mnie i nienawidzi do dziś. Ironią jest to, że to zdarzenie też miało miejsce tu. - Rozłożył ręce na boki.
-Przykra historia. Nigdy się nie otwierałeś przed nikim. Czemu tak nagle ... dzisiaj ... mi? - Milczał. Podeszłam bliżej. - Czy ty jesteś pijany? - Spytałam wyczuwając od niego alkohol.
-Tak. - Powiedział patrząc mi w oczy. Dostrzegłam w nich łzy.
-Rego co się stało? Ty płaczesz? - Podeszłam bliżej dotykając dłonią jego policzka. Odtrącił ją szybko.
-Nie dotykaj mnie. - Powiedział lekko łamiącym się głosem. Przestał się kontrolować.
-Rego ... C-co się stało? - Spytałam cicho.
-Zabili go. Zabili Bena.
-Bena?
-Zabili mi brata! - Krzyknął mi w twarz. Jego twarz zmieniła się w wampirzy wyraz. Przestraszyłam się. Rego nie zrobiłby mi krzywdy. Nie świadomy tego. Ale w szale, w złości, czy smutku ciężko im panować nad sobą. Upadł na kolana i już nie ukrywał uczuć, po jego policzkach zaczęły płynąć łzy.
-Rego ... To ... Ja ... To straszne. Przykro mi. - Mówiłam cicho i spokojnie kucając. Złapałam go za ramię. - Co się stało?
-To on. Wrócił. I teraz się mści.
-On? - Zdziwiłam się. To nie może być prawda.
-Tak. Strzeż swojego rodzeństwa Isabelle. Bo skończą jak Ben. Albo gorzej.
-Isabelle! Isaac! - Usłyszałam nawoływanie Hugo. - Nathan!
-Idź. Przyjaciele cię potrzebują.
-Też jesteś moim przyjacielem.
-Poradzę sobie.
-Oni też sobie poradzą. Ty potrzebujesz mnie bardziej.
-Isabelle ...
-Zajrzę do ciebie później. Idź do domu proszę.
-Nie musisz.
-Ale chcę. I to zrobię. - Pokiwał głową smutno. 
-Dziękuję. - Szepnął patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się. Wstałam i zaczęłam odchodzić. - Isabelle?
-Tak? - Odwróciłam się.
-A co ty tu robisz? Czego szukasz?
-Przyjaciele poszli odwiedzić cichych braci. Ja z braćmi miałam pilnować przyziemnych, ale ... zniknęli.
-To należało do któregoś z nich? - Spytał wręczając mi bransoletkę.
-Nie wiem. Ale możliwe, że tak.
-Wyczuwam na niej zapach wilka.
-Wilkołaki? Przebiegłe psy. - Mruknęłam pod nosem.
-Uważaj na siebie. Wilkołaki w ostatnim czasie pozwalają sobie na zbyt dużo. Wielu vampirów również. 
-Dzięki. Ale wiesz. Ja zawsze uważam. Jak mawiają moi przodkowie. Brud i krew nie trzymają się piękna. - Uśmiechnęłam się. 
-Jak zawsze lekceważąca. - Pokręcił głową, a ja odwróciłam się i odeszłam do wołającego ponownie Hugo. 
-Izy! - Krzyknął gdy mnie ujrzał. - Gdzie Ice? Nathan? I przyziemni? Co się stało? Gdzie ty byłaś? 
-Przyziemnych porwano. 
-Co?! - Krzyknął Alex. - Jak? 
-Nie mam pewności. Jej krzyk... - Wskazałam na dziewczynę nieprzytomną w ramionach blondyna. - Powalił nas. Zdziwił. Kolejnego się nie spodziewaliśmy. A trzeci... To straszne... Trzeci nas tak powalił, że gdy ucichł zajęliśmy się rozmową czy wszystko okej. Przyziemni po drugim krzyku zostali ogłuszani i stracili przytomność. Gdy chciałam do nich podejść, nie było ich. Nie mogli wstać i odejść więc prostym dla nas było, że ktoś ich porwał. Poszliśmy ich szukać. 
-Nie znalazłaś ich. - Powiedział Alex. 
-Jak widać. 
-A gdzie jest Isaac i Nathan?
-Dobre pytanie. Nathan odszedł od nas już na samym początku. Miał sprawdzić teren.
-Izzy. - Z krzaków cicho wyszedł Ice. Był poszarpany, splamiony krwią. 
-Co się stało? 
-To jakaś pieprzona wojna. Vampiry i wilkołaki walczą ze sobą. Widziałem jak dwóch z nich szarpie się o tą przyziemną. Chciałem coś zrobić. Uratować ją. Ale... 
-Tylko zostałeś ranny. - Dokończyłam za niego. 
-Tylko? Omal mnie nie zabili. 
-Ale wyszedłeś z tego żywy. - Powiedział Alex i poklepał go po ramieniu na pocieszenie. Isaac wyjął swoją stele i aktywował iratze na swojej szyi. Rany zaczęły mu się leczyć. 
-Lepiej stąd już chodźmy. W podziemiu nastały niebezpieczne czasy. 
-Co ty nie powiesz? Przekonałem się o tym na własnej skórze. 
-Co z nią? Aż takie blokady miała w głowie, że potrzeba było trzech darów użyć. Ktoś naprawdę mocno chciał ją chronić. 
-Nie wiem. Zemdlała zaraz po tym jak wyciągnięto z niej igły. Brat Gregorion powiedział, że oni tu nic nie poradzą. Będzie się musiała z tym zmierzyć inaczej. 
-Inaczej? To znaczy? - Spytałam patrząc na Hugo by kontynuował. 
-Magia. 
-Potrzebujemy czarownika. - Powiedział Ice. 
-Nie byle jakiego. Wielkiego, silnego i przede wszystkim takiego, który nie boi się naginać praw Clave. 
-Trudno o takiego w europie. Będziemy musieli udać się na wycieczkę przez ocean. - Powiedziałam. 
-Tak. I to mnie martwi. Od tak nas tam nie puszczą. Jedną nieautoryzowaną misję już zrobiliśmy. Darują nam to. Drugą też by darowali, gdyby nie był to wyjazd z kraju. A wątpię by się zgodzili. - Powiedział Hugo. 
-Możemy poprosić o tymczasowe przeniesienie do innego instytutu. U nas jest dużo wojowników. Są instytuty gdzie potrzebują wsparcia. - Powiedziałam. 
-To może się udać Iz. - Poparł mnie Alex.
-Ale zajmie trochę czasu. Papierologia, samo przeniesienie. A potem odszukanie potężnego czarownika. Nie zdziwi mnie jak będziemy z miasta do miasta jeździć, to może być problem. Zajmie nam to tygodnie, może miesiące. - Powiedział Hugo. 
-Racja. Nie pomyślałam o tym. 
-Ja twierdzę, że to zły pomysł. - Powiedział Isaac. 
-Obgadamy to później. Teraz najważniejsza jest ona. Musimy wrócić do instytutu. Któryś z cichych braci przyjdzie do nas? 
-Bracia nie chcieli się zgodzić, bo nie chcą narażać się Clave. Nie dziwię im się. Ale wśród nich jest kilku buntowników. Jak wszędzie. Jeden młody nie boi się konsekwencji. Mówił, że i tak nie ma nic do stracenia. 
-Emil. 
-Raczej brat Nicolaos. - Poprawił mnie Alex. 
-No tak. Nie mogę się przyzwyczaić. To już jedenasty rok leci kiedy wstąpił do cichych braci. 
-Tak. Mieliśmy wtedy sześć lat. Był najstarszy z rodzeństwa. Ale chory tak jak dwoje z jego rodzeństwa i wielu z przodków. Choroba dziedziczna nie wyleczalna łamana na wyleczalna. Ta choroba mutuje, chce być niewyleczalna, ale postęp technologiczny, biologiczny, chemiczny pozwala na co jakiś czas wynalezienie lekarstwa.  Były przecież sytuacje gdzie niektórzy zostali wyleczeni. Wstąpienie do braci daje ochronę. Moc ich run jest tak silna, że utrzymują chorą osobę przy życiu, a ta może normalnie funkcjonować. Tyle, że musi pozostać w służbie cichym braciom. Aisha i Charlie męczą się z tą chorobą. Oboje jeśli by chcieli mogliby wstąpić do nich, ale nie chcą. 
-Dziewczyna nie może być cichym bratem. Coś ci się pomyliło Alex. - Powiedział Hugo. 
-Nie. Została wniesiona poprawka, przedyskutowana i głosowano za jej wprowadzeniem. Clave nigdy nie było stuprocentowo zgodne. A tamtego dnia. Wszyscy za. Każdy dotknięty tą chorobą dostanie schronienie u cichych braci do czasu znalezienia lekarstwa.
-Dobra nie mamy czasu. Musimy iść do instytutu - Powiedział Isaac.
-A Nathan? Nie powinniśmy go poszukać? On gdzieś tam jest. - Powiedziałam.
-Wróci do instytutu zaraz po nas. Zobaczysz. Napisałem mu smsa, że wracamy i by też to zrobił czym prędzej.

Rozdział 4 - Powrót

-Izzy zgłoś się. Może to dziwne ale weszliśmy bez najmniejszego problemu. To chyba pułapka. Mamy zawrócić i wrócić większą ekipą? - Spytała...