czwartek, 7 października 2021

Rozdział 2 - Miasto Kości

-To tutaj. Przyziemni nie mają tu wstępu, więc wasza dwójka musi tu zostać. - Powiedział Alex.
-Ja tu nic nie widzę. - Stwierdziła Sami.
-No właśnie. Sterta kamieni, belek i piachu. - Hugo przewrócił oczami i namalował sobie coś na ręku stelą, następnie złapał Chrisa za dłoń. A ten zaczął się wyrywać. Nathan zrobił to samo ale za dłoń złapał Samanthe. Po chwili ich miny zdradzały, że widzą to co ja. Wejście z otwartą podwójną bramą na której zawieszone są szkielety. Jeden trzyma dwa miecze skrzyżowane na piersi, drugi łuk i strzałę. Oba szkielety pokrywała krew.
-Czy to ... Prawdziwa ... - Zaczęłam.
-Tak. Ludzka. - Powiedział Hugo.
-Izzy, Ice, Nathan wy zostańcie z przyziemnymi tutaj. My pójdziemy we trójkę.
-I mi w to graj. Za żadne skarby bym tam nie wszedł. Przerażające miejsce. - Powiedział Isaac.
-Nie martw się Dalio, zaopiekujemy się twoimi przyjaciółmi.
-Czemu nie mogę iść z nią? - Spytał Chris.
-Gdy przyziemni wejdą do miasta kości, zamieniają się w popiół. - Powiedział Isaac wskazując wejście. - Prochy wielu przyziemnych spoczywają przy tym wejściu.
-Zaczekam tu na ciebie. - Powiedział patrząc na mnie.
Weszłam za Hugo w tunel, Alex za mną. Po obu stronach wisiały szkielety, na niektórych wciąż były ubrania, jedni trzymali bronie inne nie. Hugo widząc jak się przyglądam szkieletom odezwał się. 
-Nie wszystkie należą do przyziemnych. Są tu też nocnych łowców. Vampirów. Wilkołaków. Czarowników. Faerii. - Mówił wskazując kły, pazury, rogi, rożki wróżek, kopyta czy liany zamiast pozostałości włosów na niektórych z nich. - I wszystkich tych, którzy sprzeciwili się Clave. Staremu Clave. Miały być przypomnieniem kim my jesteśmy wobec nich. Nowa rada po sporządzaniu od nowa praw i porozumiem. Po naradach i prawdopodobnie głosowaniu, postanowili zachować je. Teraz już nie stosują takich środków. Gdybyśmy się urodzili kilkaset lat temu groziło by nam coś takiego. 
-Przybicie siłą do krat i łańcuchów wbrew woli? - Spytałam nie wierząc w to co widzę i to co usłyszałam. 
-Tak. Straszne co nie? - Gdy korytarz skręcił w lewo zapadła całkowita ciemność. Hugo wcisnął mi coś w rękę. A po chwili nastała jasność. To światło biło od kamienia, który trzymałam w dłoni. 
-Co to? 
-Magiczny kamień. Świeci tylko w dłoniach nefilim.
-Jak miecze. - Zauważyłam. 
-Tak. Jak miecze. 
Szliśmy dalej. Było wiele rozwidleń korytarzy. Hugo prowadził nas na oślep. Doszliśmy do schodów prowadzących w dół. Więc zaczęliśmy schodzić krętymi, śliskimi schodami. Naliczyłam ich trzysta osiemnaście. Gdy stanęliśmy na dole przed nami było siedem rozwidleń korytarzy. Na środku stały cztery murowane anioły ustawione do siebie plecami. Ten z lewej trzymał sztylet i lusterko. Ten w środku pęk igieł i księgę. Ten z prawej kielich i miecz. A ten z tyłu pochodnie i wielką pięcioramienną gwiazdę w płomieniach. Podeszłam do posągów. Mój wzrok padł na miecz i napis na nim w niezrozumiałym dla mnie języku. Na mieczu widniał napis. "Nephilim: Facilis Descensus Averni".
-Co to znaczy? - Spytałam dotykając wyrzeźbionego napisu na murowanym ostrzu. 
- "Łatwe jest zejście do piekieł." - Powiedział Alex stając obok mnie. Wskazał palcem na drobny napis wokół kielicha. - Na kielichu piszę "Krew mówi kim jesteś." Na księdze "Mądrość jest największą zaletą nefilim. Droga do wiedzy nie należy do łatwych." Na tych igłach "Droga do prawdy jest kręta, a ból wyzwala." Na sztylecie "Śmierć wyzwala z człowieczeństwa i daje nam nie ograniczone możliwości." Na lusterku "To, że patrzysz, nie oznacza, że widzisz." Na pochodni "Światło znajdziesz nawet w najmroczniejszym miejscu." A na tym talizmanie "Siła przyjaźni jest większa niż cokolwiek innego." Każdy z tych przedmiotów wskazuję jedną z dróg prowadzących gdzieś indziej. A każdy z tych artefaktów jest ważną częścią kultury nefilim. Cisi bracia posiadają trzy z nich.
-A reszta? - Spytałam ciekawa.
-Clave dobrze je ukryła, by nikt niepowołany nie wszedł w ich posiadanie. Już raz dawno, dawno temu zostało udowodnione nam, że wszystkie artefakty w rękach jednego człowieka mogą wyrządzić wiele szkody. Był taki jeden nocny łowca. Valentine. Valentine Morgenstern. Miał jedno marzenie. Zniszczyć demony. Wszystkie. I wszystko co z nimi związane. Czyli wszystkich podziemnych. Bo w ich żyłach płynie krew demonów. W połowie ludzie, w połowie demony. Tym są podziemni. Ale nie wszyscy są źli. Z wieloma z nich nocni łowcy mieli bardzo dobre kontakty. Byli przyjaciółmi. Kochankami. A Valentine chciał zagłady podziemia. Ukradł kielich anioła. Lecz długo nie nacieszył się nim. Jego żona skradła mu go i uciekła. Przez ponad osiemnaście lat ukrywała siebie, kielich i córkę. Całe życie ją okłamywała. Ale, któregoś dnia w jej osiemnaste urodziny prawda wyszła na jaw. Tak jak ty miała w głowie blokady, które zaczęły słabnąć. I zaczęła widzieć świat cieni. Tego dnia odkryła, że jest nocnym łowcą. Ale też straciła matkę. Znaleźli i pomogli jej nocni łowcy z jej miasta. Tylko ona mogła odnaleźć kielich. I odnalazła go. Po wielu staraniach i wielu trudach jej i jej przyjaciołom udało się to. Znaleźli kielich. Oddali go wysłanniczce Clave, która miała go dostarczyć do Idrisu. Ale zaatakowano ją i kielich skradziono. Zrobiła to osoba, którą wszyscy darzyli zaufaniem, a która kiedyś popierała Valentina. Dał mu kielich i poświęcił wielu przyziemnych. Każdy kto napił się z kielicha anioła mógł stać się nocnym łowcą, ale nie każdy był na tyle silny by udźwignąć to. Niektórzy byli słabi i umierali. Ci co przeżyli służyli mu, bronili go. Zmusił czarownice by mu służyła, zatruwając ją jakimś cholerstwem. Później zdobył miecz anioła. W sumie dzięki pomocy swojego syna, który wydostał się z Edomu. Ciężka historia na inny dzień. Brakowało mu tylko lustra. Jego syn Jonathan podszył się pod brytyjskiego nefilim Sebastiana Verlaca. I tak mógł pozyskiwać wszystkie informacje z instytutu. Dowiedział się, że Clary z przyjaciółmi znaleźli lustro i ukradł je, ale został złapany. Chociaż w sumie uciekł, ale zdążono mu odebrać lustro. Clary je zniszczyła. Ale dowiedziała się, że to nie było prawdziwe lustro i uświadomiła sobie co nim było. Lustrem było pewne jezioro w Idrisie, którego nazwy nie pamiętam. Powinienem powiedzieć w starym Idrisie. Clary z przyjaciółmi zdała raport Inkwizytorce Clave.  Ta wydała rozkazy by zabezpieczyć jeziora. Wśród nich jednak był szpieg Valentina. Był Konsulem więc miał sporo informacji. I tak Valentine dowiedział się gdzie musi się udać by połączyć wszystkie trzy dary anioła. Jednak dzięki barierą rzuconym przez czarowników nie mógł się wydostać w żaden normalny sposób z miasta, ani przez portal. Królowa Faerii weszła z nim w układ i przeprowadziła go przez swoje królestwo do Idrisu. Stanął nad jeziorem. Stoczył walkę z córką i z chłopcem, którym się zajął po tragicznej śmierci jego matki. Zabił swojego przyrodniego syna. Ogłuszył i skuł swoją córkę. Chciał by była świadkiem tworzenia się historii. Połączył dary anioła. I wezwał anioła Raziela. Clary uwolniła się i zabiła swojego ojca. Wymusiła posłuszeństwo u wezwanego Raziela, a ten spełnił jedno jej życzenie. Mogła mieć wszystko. A poprosiła by zwrócił życie Jace'owi. Nikomu o tym nie powiedzieli. Nawet swoim przyjaciołom. Gdyby Clave się dowiedziało, że poprosiła o coś anioła ukarano by ją. Więc skąd wiem co się wydarzyło? Jak już parę razy było mówione. Stare Clave zostało zniszczone. Wybrano nową Radę i ustalono nowe prawa. A to co zrobiła Clary nie było niczym złym. Na ziemie zstąpiły anioły. Ustabilizowały sytuacje na świecie, zlikwidowali panujący chaos. Zesłali nowe dary. Oddali życie tym, którzy na to zasłużyli. Tak więc z popiołów Alicante wyszli ci za którymi tęsknili najbardziej w tamtym momencie nocni łowcy zebrani wokół prochów swojej stolicy. W tym moi przodkowie Robert Lighwood i jego syn Max. Oraz wielu innych nefilm. Ale także paru podziemnych, których brakowało co niektórym zebranym tamtego dnia. Powróciła czarownica Dorothea Rollins. Vampir Rafael Santiago. Oraz kilka innych nieznaczących i mało znanych podziemnych. Wskrzesili na dobre kilkoro zmarłych aniołów nawet. W tym także Raziela. Ale też anioła który prowadził Clary. Ithuriel. Oraz jeszcze trzech innych. Co zdziwiło wszystkich dali dary podziemnym. Wilkołakom ofiarowali również nieśmiertelność. Vampirom i czarodziejom ofiarowali płodność. W ten sposób powstały krzyżówki. Pół vampir - pół czarodziej, pół vampir - pół wilkołak, pół vampir - pół nocny łowca, pół czarodziej - pół wilkołak, pół czarodziej - pół nefilim, pół wilkołak - pół nefilim, pół vampir - pół przyziemny, pół czarodziej - pół przyziemny. Krzyżówka z nocnymi łowcami, była dość ryzykowna, bo radary nie reagowały na podziemnego w pobliżu, ponieważ miał w sobie krew anioła. Wiele lat zajęło udoskonalenie urządzeń. Co do krzyżówek z przyziemnymi. Byli w połowie czarownikami, więc znali magię, ale w połowie byli przyziemnymi więc byli śmiertelni. Ale mieli wybór. Freya dała im jedno zaklęcie, które może uczynić ich nieśmiertelnymi, jak ich rodzic. Warunek był taki by zaklęcie zostało rzucone nie później niż po skończeniu dwudziestu trzech lat. Pół vampir i pół przyziemny. Śmiertelnik łaknący krwi. Ale odczuwa mniejszy głód. Musi pić ludzką krew. Co najmniej litr dziennie, ale musi też odżywiać się zwykłym ludzkim jedzeniem. Może chodzić w słońcu. Ma wszystkie zdolności każdego vampira, szybkość, siła, wyostrzony słuch, węch i wzrok. Mogli uzależnić się od tego samego od czego normalny vampir, od krwi nefilim. I tak samo jego jad na nefilim działa tak samo jak zwykłego vampira. Może stać się nieśmiertelnym poprzez ten sam proces co każdy. Ma gwarancje że przeżyje. Minus jest taki, że nie ma pewności, że wciąż będzie chodzić w świetle słońca. Czterdzieści procent zostaje słonecznymi. Może nawet mniej. Freya, Raziel, Ithuriel, Ereynaa i Khailn ofiarowali również specjalny dar nocnym łowcą. Wybrani mogli zostać nieśmiertelnymi i stworzyć Bractwo Anioła. Do tego bractwa mogą też należeć podziemni. Jest to bractwo wspólnie walczące z demonami, które od czasów zniszczenia starego miasta coraz częściej nawiedzają nasz świat. Zyskali oni też możliwość podróżowania po innych wymiarach i czerpać z nich nauki by wiedzę nabytą tam przekazywać tu młodszym pokoleniom. By nieść pokój zarówno tam, jak i tu. Bo nie tylko nasz wymiar demony zaczęły częściej odwiedzać.
-Uważaj na niego. Lubi się rozgadać. Alex był prymusem z historii w szkole. - Powiedział Hugo. Chwilę później z jednego z korytarzy z pochodnią w ręku wyłonił się mężczyzna w kapturze w dłoni trzymał pochodnie, jej płomienie dawały światło na jego twarz. Miał zaszyte oczy i usta. A na twarzy blizny od wypalonych run. Wyglądał przerażająco.
-Przyszłaś dowiedzieć się prawdy o sobie? - Usłyszałam w głowie jego donośny i twardy głos. Spojrzałam na Hugo, a ten kiwnął głową. 
-Tak. 
-Chodź ze mną. - Powiedział i ruszył w ciemność. Ruszyliśmy w trójkę powoli za nim. Pokierował nas krętymi korytarzami aż w końcu się zatrzymał i stanął obok swych braci. 
-Nam nie wolno tam wejść. - Powiedział Hugo, łapiąc mnie za ramię tym samym zmuszając mnie bym się zatrzymała. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że to nie boli i nic nie poczujesz. Ale wydobywanie czegoś co jest w głębi ciebie ukryte nie jest łatwe. - Wyciągnął swoją stele. I na moim lewym ramieniu wyrysował dwie runy. - To runa siły, a to wytrzymałości. Pomogą Ci. - Powiedział i wskazał bym przeszła przez skalny łuk do pomieszczenia w którym stali cisi bracia. 
-Jesteś gotowa? - Spytał mnie. 
-Nie. Ale nie ma innego wyjścia. Zróbmy to. 
-Stań w kręgu. - Powiedział, a ja uczyniłam to. I wtedy usłyszałam nad sobą hałas. Spojrzałam w górę. W dół osuwał się długi, złoty miecz. Zawisnął na chwilę nade mną. A później osunął się jeszcze niżej dotykając mojego czoła. Raniąc je. Czułam jak po twarzy zaczyna lecieć mi krew. Wtedy ukazał mi się obraz. Nieznanych mi ludzi. Mówiących coś o moim bezpieczeństwie. 
-Nie możemy jej narażać. Świat nie może się dowiedzieć o jej istnieniu. Jeszcze nie.
-Jak długo chcesz ją ukrywać. Z roku na roku robi się coraz gorzej. Ma dziesięć lat. Czas najwyższy by nauczyć ją walczyć. Nie możesz jej wiecznie chronić.
-Wiecznie nie. Ale jeszcze kilka lat. Jeszcze kilka lat kochanie.
-Jeszcze kilka lat. - Powtórzyła kobieta łamiącym się głosem.
Ból stawał się coraz mocniejszy. Magia miecza wpływała na mnie coraz bardziej. W końcu ból stał się tak dokuczliwy, że wydałam z siebie przerażający wrzask. Długi nie kończący się krzyk.
-Magnus nie wycofasz się teraz. Wiesz, że nie możesz.
-To nie wyjdzie jej na dobre. - Mówił mężczyzna o azjatyckiej urodzie, w swoich czarnych włosach miał kilka czerwonych pasemek.
-Nie tobie o tym decydować.
-Ale to ja mogę wyrządzić jej krzywdę, nie ty. Ja będę czuł się odpowiedzialny za to.
-Nie będziesz. Bo cię zmuszę, a całą winę wezmę na siebie.
-Przestańcie obaj. - Głos w końcu zabrała kobieta stojąca przy nich. - Zgodziłeś się Magnusie. Nie możesz się teraz wycofać. 
-Nie chcę się wycofać. Chcę żebyście to przemyśleli.
-Już dawno to zrobiliśmy. - Powiedział mężczyzna. - A teraz zrób to.
-Wybacz skarbie. Kiedyś ci to wynagrodzę. - Powiedział zbliżając się do mnie. Z jego twarzy pamiętam tylko kocie oczy.
Nagle miecz poderwał się do góry, a ból momentalnie ustał. Wtedy coś przebiło moje serce. Spojrzałam w dół. W mojej klatce piersiowej tkwił sztylet o kościanej rękojeści. Był nieskazitelnie biały. Jak jego ostrze, które powoli zatapiało się głębiej we mnie. Im głębiej we mnie wchodził tym bardziej ból się nasilał. Starałam się stłumić chęć krzyku. Ale było to silniejsze ode mnie. Widziałam tylko ciemność i głos dochodzący znikąd.
-Musisz być silna kochanie. Któregoś dnia ci to wynagrodzimy. Ten świat jest zbyt niebezpieczny byś mogła go poznać. W swoim czasie dowiesz się o nim i będziesz szczęśliwa, że miałaś w miarę normalne dzieciństwo.
Po raz kolejny zaczęłam wrzeszczeć na całe gardło. Wtedy ukazał mi się kolejny obraz. Twarz mężczyzny z kocimi oczami. Kilka obrazów z nim i z tymi ludźmi z wcześniejszej wizji. Ale tym razem było jeszcze kilku. Słowa wyrwane z kontekstu, nie mające sensu. I nagle ból ustał. Mój wrzask również. To sztylet został wyjęty z mojego serca. Chwila ulgi na złapanie oddechu. Chciałam już opuścić krąg gdy mój brzuch przeszyły cienkie, srebrne, długie igły. Po raz kolejny wielka fala bólu. Igły powoli zatapiające się w moje jestestwo. Centrum mojej siły, duszy. Po raz kolejny z mojego gardła wydarł się ten przeraźliwy wrzask.
-Leilo musisz być silna.
-Lynn słyszysz? Nie poddawaj się. 
-To dla twojego dobra kochanie. Nic ci nie będzie. 
-Któregoś dnia znowu się spotkamy. I w końcu będziemy rodziną.
Słyszałam głos mężczyzny i kobiety w swojej głowie. Ale nic nie widziałam. Gdy igły zostały ze mnie wyjęte, mój wrzask ustał. Ledwo stałam na nogach. Zachwiałam się. Upadłam na kolana. Oniemiała, otumaniona, oszołomiona. Chwilę potem była ciemność. Poczułam jeszcze tylko ból w prawym ramieniu gdy zderzyło się ono z kamienną posadzką. 
***
Przeszła przez łuk do świętego miejsca gdzie cisi bracia już na nią czekali. 
-Jesteś gotowa? - Spytał brat Gregorion. 
-Nie. Ale nie ma innego wyjścia. Zróbmy to. - Powiedziała. Jej głos się lekko trząsł. 
-Stań w kręgu. - Powiedział Gregorion, a ona zrobiła to co jej nakazał. Miecz zaczął zsuwać się z góry na nią. Zetknął się z jej czołem. Jej oczy szeroko się otworzyły, ręce wygięły w tył. Z jej oczu poleciały łzy, krew z rany na czole zaczęła spływać w dół przez brew, oko na policzek, a z drugiej strony twarzy po nosie i do kącika oka by strumyk krwi zetknął się ze spływającymi łzami. Wtedy wydarzyło się coś czego nikt się nie spodziewał. Krzyku spodziewali się wszyscy, ale nie takiego. Przesączony mocą. Siła jej głosu sprawiła, że sklepienie i podłoga zadygotały. Z sufity posypało się kilka kamieni. My nie przygotowani na to pod wpływem jej głosu zostaliśmy niewidzialną siłą odepchnięci w tył. Z wielką mocą uderzyliśmy z Alexem plecami o ścianę by chwilę później niezgrabnie wylądować na tyłkach. Siła jej głosu nie pozwala nam wstać. Cisi bracia również zostali odrzuceni w tył. Niektórzy cofnęli się o kilka kroków, inni trochę dalej. Nieliczni ci z najmłodszym stażem tak jak my wylądowali na ścianie, lecz oni nie upadli jak my. Miecz szybko uniósł się w górę, a jej głos momentalnie ucichł. Jej ciało rozluźniło się. Ciało zachwiało się jakby linki marionetki nagle się zerwały, jej ciało było bezwładne, ale wciąż stała twardo na nogach mimo, że o reszcie jej ciała tak powiedzieć nie można było. Wtedy zobaczyłem, że z kamiennego postumentu wysuwa się sztylet. 
-Nie zadziałało. - Powiedziałem cicho. Martwiłem się o nią. Sztylet wystrzelił niczym z procy i wbił się w jej klatkę piersiową. Otworzyła oczy patrząc co się dzieje i skąd ten ból. Ostrze powoli zaczęło zatapiać się głębiej w jej sercu. Szybko wstałem i oparłem się o ścianę przygotowując na kolejną falę jej krzyku przesączonego mocą. Złapała się rękoma za brzuch i lekko zgarbiła, jej oczy były albo zamknięte albo przymknięte. Nagle się wyprostowała, wytrzeszczyła oczy i wygięła plecy w łuk, ręce rozłożyła na boki, głowa odchyliła się w górę i wtedy z jej gardła wydobył się wrzask. Wbijał mnie w ścianę. Alex, który wciąż siedział na podłodze kulił się pod naporem jej krzyku. Niektórzy z cichych braci, którzy byli już też przygotowani na pełen mocy jej krzyk, przesuwali się w tył od jej głosu. Sztylet szybko wysunął się z jej piersi jej ciało zachwiało się do przodu. Upadłem na kolana, brakowało mi tchu. Ciężko było mi oddychać. Alex szybko znalazł się przy mnie, klęcząc obok mnie. 
-Hugo. Wszystko dobrze? 
-Ta. Tak chyba tak. 
-To już koniec. Będzie dobrze. Chodźmy po nią. - Powiedział łapiąc mnie za ramię. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem jak z sufitu w dół zsuwa się okrągła rama w której umieszczone zostały igły. 
-Nie. To ją zabije. - Szepnąłem. Alex spojrzał tam gdzie ja. Rama zatrzymała się w okolicach jej szyi. Igły zostały spuszczone w dół na cienkich żyłkach. Po chwili jakby za sprawą magii, bo tak było przestały się bujać stabilizując się. I w ułamku sekundy wbiły się w jej brzuch. Moc jej krzyku napierała na mnie i Aleka przez którą wyginało nas w tył. Gdyby nie ściana za nami pewnie już dawno byśmy leżeli na podłodze. Z daleka rzuciło mi się w oczy, że jej oczy się wywróciły na drugą stronę. Białka jej oczu naszły żyłkami. Jej krzyk był mocniejszy od poprzednich. Echo rozchodziło się po całym pomieszczeniu i szło w głąb tuneli. Jej głos wdzierał mi się do mózgu. Głowa bolała nie do wytrzymania. Nim chwyciłem swoją głowę w ręce ściskając ją by zagłuszyć ból, chociaż to nie pomagało zobaczyłem że z jej oczu cieknie krew. W końcu nie wiem po jak długim czasie nastała cisza. Chwiała się stojąc na nogach. Upadła na kolana, a chwilę później przewróciła się na bok. 
-Dalia! - Krzyknąłem i szybko wstałem i pobiegłem do niej. - Dalia hej obudź się.
***
-Nie wiem jak Hugo i Alex mogą tam wchodzić z własnej woli. Hugo jeszcze rozumiem. Ale Alex? To nasz brat. A jest taki inny. 
-Oh przestań Ice. 
-Idę się rozejrzeć.
-Iść z tobą? - Spytałam.
-Nie. Zostań z Isaakiem, kto wie co mu strzeli do głowy gdy zostanie sam z przyziemnymi. Musisz go pilnować siostra. - Powiedział Nathan i ucałował mnie w czoło i powoli odszedł w głąb lasu. Chociaż jest młodszy ode mnie o dwa lata, zachowuje się jak starszy brat. 
-Co tam czeka Dalie? Znaczy dobra opowiadałaś nam kim jesteście, co jest grane, gdzie idziemy i po co. Ale chodzi mi tam. W tym cichym mieście. - Mówił przyziemny. Parsknęłam śmiechem. 
-Nie ciche miasto. A miasto kości w którym żyją cisi bracia. - Mruknął Isaac, poprawiając go. 
-No to w tym mieście kości. 
-Jak sama nazwa wskazuje miasto kości, bo pełno w nim kości. Szkielety na ścianach, sufitach, podłodze, porozrzucane pojedyncze kości. Niektóre szkielety mają wciąż fragmenty ubrań. Znajdziesz tam kości każdej istniejącej rasy. Was przyziemnych... 
-Skoro nasze kości tam są możemy tam wejść. Kłamaliście. - Krzyknął oskarżycielsko. 
-Nie. Gdy tam wejdziesz spalisz się pozostaną po tobie tylko kości, które staną się częścią tego miasta, dając mu więcej siły. - Powiedziałam spokojnie. 
-Dokładnie. I nie przerywaj mi, jak coś ci tłumacze przyziemny. Bo nie muszę tego robić. Mogę cię ignorować i pozwolić ci iść za swoją przyjaciółką i pozwolić ci spłonąć. 
-Przepraszam. - Mruknął cicho. 
-Jak mówiłem. Są tam szkielety wszystkich ras. Przyziemnych, nefilim, czarowników, vampirów, wilkołaków, nie rozdrabniając się faerii. Widnieje na nich krew. Na niektórych wciąż mięso. 
-Czyżby cisi bracia nie sprzątali w domu? - Za żartował przyziemny. Prychnęłam tylko. 
-Żarty przyziemnych. - Mruknął mój brat. - Jak nie znasz i nie rozumiesz naszego świata, nie wypowiadaj się na jego temat. 
-Ma rację. Możesz tym kogoś urazić. Dla ciebie to żart. Inni tego nie zrozumieją i się obrażą, przeklną cię. Mówiąc jeszcze o przyziemnych i mieście kości. Jak przejdziesz przez próg nie ma już dla ciebie ratunku. Więc cisi bracia czasami pokazują swą mroczną stronę i wychodzą do takiego przyziemnego kręcącego się po ich mieście i wiedząc, że i tak czeka go śmierć mordują go i przybijają do świętych łańcuchów. Wtedy ciało się nie spali. Czemu to robią? Bo kości mają wtedy większą moc. Cisi bracia są przerażający. Ale nie musicie się martwić. Nie zabijają niepotrzebnie, niewinnych. Rzadko posuwają się do przemocy. - Zapadła cisza. Przyziemni nie wiedzieli co powiedzieć więc milczeli. 
-Długo im to zajmie? - Spytała przyziemna jakiś czas później. 
-Droga do miasta kości jest długa i kręta. Zejście tam zajmuje trochę czasu. Żeby nikt nie powołany tam nie wszedł. Ale niektórzy odnajdują drogę. A właśnie są wyjątki wśród was, przyziemnych. Niektórzy giną zaraz po przekroczeniu tej bramy, inni po kilku, kilkunastu metrach. Inni zaś przy samym wejściu do centrum miasta. Tak zwana komnata aniołów. Są tam posągi czterech aniołów. 
-Czyli teoretycznie moglibyśmy wejść tam. - Powiedział niepewnie chłopak. 
-Teoretycznie. Praktycznie tak i tak byś zginął. Ten kto przekroczy święty próg anioła, - Wskazałam anielskie zdobienia łuku nad wejściem oraz anielskie bronie nasze łuki, miecze, sztylety, laski, lance, bicze i wiele innych. - a w swoich żyłach nie ma anielskiej krwi czyli nie jest nocnym łowcą, zostaje naznaczony. Tego znamienia nie widać. A krew takiej osoby zaczyna wrzeć, wypalać cię od wewnątrz w końcu staniesz w płomieniach i spalisz się żywcem. 
-Nie chce zamieniać się w kupkę popiołu. Jest dobrze jak jest. 
Nagle z głębi tunelu wydobył się krzyk rosnący w siłę z każdą chwilą. Przyziemni upadli na ziemie. Wgniatało ich w glebę, mnie i Isaaca wgniotło w ścianę. Gdyby nie to że oboje opieraliśmy się o budynek pewnie siła głosu powaliła by nas na kolana. Krzyk odbijał się echem od ścian tunelu. Była w nim zawarta moc, siła o jakiej tylko czytałam. Nie sądziłam, że jest to prawdą. Gdy wrzask ucichł spojrzałam na brata. 
-Dalej masz wątpliwości, że ma krew nefilim w żyłach? - Spytałam. 
-Nie. Już nie. Ale to... - Odsunął się od ściany i stanął na przeciwko wejścia. Przyziemni zdążyli już wstać. 
-Co to było? - Spytał, ale nie zdążyłam odpowiedzieć z głębi dopadł nas drugi wrzask wypełniony jeszcze większą ilością mocy. Przyziemni znów odlecieli do tyłu jakby pchnięci silnym podmuchem wiatru i upadli na ziemi. Ice upadł na kolana od siły jej głosu. Po kilku sekundach zapadła cisza. 
-Drugi raz? - Zdziwił się mój brat. 
-Przebili ją sztyletem. Oby nie było trzeciego wrzasku. Bo będzie ciężko. 
-Może tego nie przeżyć. Niech Hugo i Alex ich powstrzymają. 
-Od kiedy zależy ci na życiu tej blondynki? - Spytałam. Przyziemni się nie ruszali. Pewnie stracili przytomność. Nie dziwi mnie to. Może to i dobrze, bo nie słyszeli naszej rozmowy. Wtedy po raz trzeci dopadła nas fala wrzasku. Ice wciąż klęczał. Złapał się za głowę walcząc z bólem wdzierającym mu się w mózg. Siła jej głosu sprawiła, że osunęłam się po ścianie na ziemie siadając na tyłku. I w moją głowę przedzierał się jej wrzask. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Nawet unieść rąk do góry by złapać się za głowę, która odchylała mi się do tyłu. W końcu jej głos ucichł. Powoli otrzepywaliśmy się z szoku. Isaac szybko się podniósł i podbiegł do mnie i uklęknął przede mną. 
-Wszystko w porządku? - Spytał z troską. 
-Tak. Chyba tak. To raczej ja powinnam spytać ciebie. 
-Nic mi nie jest. - Uśmiechnął się. 
-To straszne co jej zrobili. Czeka ją wielka męka. I przekroczenie wrót świadomości. 
-Wiem. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę świadkiem takiego zdarzenia. Czytałem o tym. Ale to przekracza moje pojęcie. Czytać, a przeżyć... 
-Tak. Tak wiem bracie. Gdzie przyziemni? - Spytałam wstając i chcąc sprawdzić co z nimi. - Nigdzie ich nie widzę w pobliżu. 
-Nie mogli odejść. - Powiedział. - Po takich falach wrzasku powinni być nieprzytomni przez kilka do kilkunastu minut.
-Co tak stoisz? Musimy ich znaleźć.
-Co mi po nich? Nie moje zmartwienie.
-Isaac.
-Co?
-Jak myślisz? Sami nie odeszli. Ktoś ich porwał. Znając historię tego miejsca to pewnie podziemni. Podziemni uwielbiają porywać przyziemnych kręcących się przy wejściu do miasta kości. Bo ...
-Tak, tak wiem dlaczego. Zginą wchodząc tam. Przeżyją i zasilą ich armię gdy ich porwą. 
-Dokładnie Ice. - Powiedziałam i pobiegłam między drzewa. Wejście do miasta kości znajduje się przy starym, poniszczonym moście. Przyziemni nazywają go Ślepak, bo żeby na niego wejść potrzeba się wspiąć po poniszczonym moście, brak mu schodów, a by wejść na niego trzeba się wspiąć po ponad metrowej ścianie, która się kruszy. Pod mostem biegną tory, a pociągi jeżdżą tędy cały czas. Wokół mostu jest las. Kawałek dalej w głąb lasu znajduje się ścianka ze skał, wśród tych skał jest właśnie wejście do miasta kości.
-Hej! Ci przyziemni byli z nami! - Krzyczałam szukając jakichkolwiek śladów obecności podziemnych. Po kilku minutach znalazłam plamki krwi na liściach krzewu. Zaczęłam się rozglądać. - No przecież muszą tu gdzieś być. - Usłyszałam hałas łamanych gałązek za pobliskim pagórkiem. Wbiegłam na niego i ujrzałam znajomą twarz.
-Rego. - Chłopak powoli zwrócił swoją twarz na mnie, zaciskając pięść na czymś trzymanym w dłoni.
-Isabelle. Co tu robisz?
-To ja powinnam spytać ciebie.
-Jestem vampirem, więc korzystam z pięknej nocy i udałem się na spacer. Czy to dziwne?
-Nie. Ale to miejsce? Wiesz, że ostatnio zbuntowani nefilim urządzili sobie polowanie na podziemnych kręcących się przy miastach kości w różnych miastach i krajach? Kto wie czy i u nas to się nie stanie. 
-Często tu przychodzę. Czuję pewien sentyment. Wiesz ponad sześćset lat temu w tym miejscu byłem z przyjaciółmi tu na ślepaku, piliśmy, paliliśmy, dobrze się bawiliśmy. Wraz z dwoma chłopakami poszedłem się przejść tu w głąb lasu. Wtedy napadła nas grupa vampirów, trzech z nich dopadło do nas. Pili naszą krew, zmusili nas do picia ich krwi. Wysączyli z nas całą krew i zakopali na starym cmentarzu tam za lasem. Wyszedłem pierwszy. Przeżyłem. Kamel wyszedł pół godziny po mnie, okazało się, że jest słonecznym. Mark ... nie przeszedł transformacji. A pozostali przyjaciele ... szukali nas, ale nigdy nie znaleźli. Osiemdziesiąt lat musieliśmy się ukrywać by znajomi nas nie rozpoznali. Unikałem wszystkich prócz rodzeństwa. Nie mogłem ich od tak porzucić. Ale to był błąd. Z ósemki mojego rodzeństwa tylko trójka pozostała przyziemnymi do śmierci. Trójka została vampirami. Siostra z mojej winy, nie umiałem się opanować. Zabiłem ją. Chciałem by żyła. Nie mogła być martwa. Miała tylko piętnaście lat. Zakopałem ją i czekałem z nadzieją, że się odrodzi. I odrodziła się. Dwójka z mojego rodzeństwa stała się wilkołakami. A brat też z mojej winy. Dano mi ultimatum, albo poświęcę swoje życie, albo Tim zostanie wilkołakiem. Bałem się śmierci. Pozwoliłem by brat stał się wilkołakiem. Znienawidził mnie i nienawidzi do dziś. Ironią jest to, że to zdarzenie też miało miejsce tu. - Rozłożył ręce na boki.
-Przykra historia. Nigdy się nie otwierałeś przed nikim. Czemu tak nagle ... dzisiaj ... mi? - Milczał. Podeszłam bliżej. - Czy ty jesteś pijany? - Spytałam wyczuwając od niego alkohol.
-Tak. - Powiedział patrząc mi w oczy. Dostrzegłam w nich łzy.
-Rego co się stało? Ty płaczesz? - Podeszłam bliżej dotykając dłonią jego policzka. Odtrącił ją szybko.
-Nie dotykaj mnie. - Powiedział lekko łamiącym się głosem. Przestał się kontrolować.
-Rego ... C-co się stało? - Spytałam cicho.
-Zabili go. Zabili Bena.
-Bena?
-Zabili mi brata! - Krzyknął mi w twarz. Jego twarz zmieniła się w wampirzy wyraz. Przestraszyłam się. Rego nie zrobiłby mi krzywdy. Nie świadomy tego. Ale w szale, w złości, czy smutku ciężko im panować nad sobą. Upadł na kolana i już nie ukrywał uczuć, po jego policzkach zaczęły płynąć łzy.
-Rego ... To ... Ja ... To straszne. Przykro mi. - Mówiłam cicho i spokojnie kucając. Złapałam go za ramię. - Co się stało?
-To on. Wrócił. I teraz się mści.
-On? - Zdziwiłam się. To nie może być prawda.
-Tak. Strzeż swojego rodzeństwa Isabelle. Bo skończą jak Ben. Albo gorzej.
-Isabelle! Isaac! - Usłyszałam nawoływanie Hugo. - Nathan!
-Idź. Przyjaciele cię potrzebują.
-Też jesteś moim przyjacielem.
-Poradzę sobie.
-Oni też sobie poradzą. Ty potrzebujesz mnie bardziej.
-Isabelle ...
-Zajrzę do ciebie później. Idź do domu proszę.
-Nie musisz.
-Ale chcę. I to zrobię. - Pokiwał głową smutno. 
-Dziękuję. - Szepnął patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się. Wstałam i zaczęłam odchodzić. - Isabelle?
-Tak? - Odwróciłam się.
-A co ty tu robisz? Czego szukasz?
-Przyjaciele poszli odwiedzić cichych braci. Ja z braćmi miałam pilnować przyziemnych, ale ... zniknęli.
-To należało do któregoś z nich? - Spytał wręczając mi bransoletkę.
-Nie wiem. Ale możliwe, że tak.
-Wyczuwam na niej zapach wilka.
-Wilkołaki? Przebiegłe psy. - Mruknęłam pod nosem.
-Uważaj na siebie. Wilkołaki w ostatnim czasie pozwalają sobie na zbyt dużo. Wielu vampirów również. 
-Dzięki. Ale wiesz. Ja zawsze uważam. Jak mawiają moi przodkowie. Brud i krew nie trzymają się piękna. - Uśmiechnęłam się. 
-Jak zawsze lekceważąca. - Pokręcił głową, a ja odwróciłam się i odeszłam do wołającego ponownie Hugo. 
-Izy! - Krzyknął gdy mnie ujrzał. - Gdzie Ice? Nathan? I przyziemni? Co się stało? Gdzie ty byłaś? 
-Przyziemnych porwano. 
-Co?! - Krzyknął Alex. - Jak? 
-Nie mam pewności. Jej krzyk... - Wskazałam na dziewczynę nieprzytomną w ramionach blondyna. - Powalił nas. Zdziwił. Kolejnego się nie spodziewaliśmy. A trzeci... To straszne... Trzeci nas tak powalił, że gdy ucichł zajęliśmy się rozmową czy wszystko okej. Przyziemni po drugim krzyku zostali ogłuszani i stracili przytomność. Gdy chciałam do nich podejść, nie było ich. Nie mogli wstać i odejść więc prostym dla nas było, że ktoś ich porwał. Poszliśmy ich szukać. 
-Nie znalazłaś ich. - Powiedział Alex. 
-Jak widać. 
-A gdzie jest Isaac i Nathan?
-Dobre pytanie. Nathan odszedł od nas już na samym początku. Miał sprawdzić teren.
-Izzy. - Z krzaków cicho wyszedł Ice. Był poszarpany, splamiony krwią. 
-Co się stało? 
-To jakaś pieprzona wojna. Vampiry i wilkołaki walczą ze sobą. Widziałem jak dwóch z nich szarpie się o tą przyziemną. Chciałem coś zrobić. Uratować ją. Ale... 
-Tylko zostałeś ranny. - Dokończyłam za niego. 
-Tylko? Omal mnie nie zabili. 
-Ale wyszedłeś z tego żywy. - Powiedział Alex i poklepał go po ramieniu na pocieszenie. Isaac wyjął swoją stele i aktywował iratze na swojej szyi. Rany zaczęły mu się leczyć. 
-Lepiej stąd już chodźmy. W podziemiu nastały niebezpieczne czasy. 
-Co ty nie powiesz? Przekonałem się o tym na własnej skórze. 
-Co z nią? Aż takie blokady miała w głowie, że potrzeba było trzech darów użyć. Ktoś naprawdę mocno chciał ją chronić. 
-Nie wiem. Zemdlała zaraz po tym jak wyciągnięto z niej igły. Brat Gregorion powiedział, że oni tu nic nie poradzą. Będzie się musiała z tym zmierzyć inaczej. 
-Inaczej? To znaczy? - Spytałam patrząc na Hugo by kontynuował. 
-Magia. 
-Potrzebujemy czarownika. - Powiedział Ice. 
-Nie byle jakiego. Wielkiego, silnego i przede wszystkim takiego, który nie boi się naginać praw Clave. 
-Trudno o takiego w europie. Będziemy musieli udać się na wycieczkę przez ocean. - Powiedziałam. 
-Tak. I to mnie martwi. Od tak nas tam nie puszczą. Jedną nieautoryzowaną misję już zrobiliśmy. Darują nam to. Drugą też by darowali, gdyby nie był to wyjazd z kraju. A wątpię by się zgodzili. - Powiedział Hugo. 
-Możemy poprosić o tymczasowe przeniesienie do innego instytutu. U nas jest dużo wojowników. Są instytuty gdzie potrzebują wsparcia. - Powiedziałam. 
-To może się udać Iz. - Poparł mnie Alex.
-Ale zajmie trochę czasu. Papierologia, samo przeniesienie. A potem odszukanie potężnego czarownika. Nie zdziwi mnie jak będziemy z miasta do miasta jeździć, to może być problem. Zajmie nam to tygodnie, może miesiące. - Powiedział Hugo. 
-Racja. Nie pomyślałam o tym. 
-Ja twierdzę, że to zły pomysł. - Powiedział Isaac. 
-Obgadamy to później. Teraz najważniejsza jest ona. Musimy wrócić do instytutu. Któryś z cichych braci przyjdzie do nas? 
-Bracia nie chcieli się zgodzić, bo nie chcą narażać się Clave. Nie dziwię im się. Ale wśród nich jest kilku buntowników. Jak wszędzie. Jeden młody nie boi się konsekwencji. Mówił, że i tak nie ma nic do stracenia. 
-Emil. 
-Raczej brat Nicolaos. - Poprawił mnie Alex. 
-No tak. Nie mogę się przyzwyczaić. To już jedenasty rok leci kiedy wstąpił do cichych braci. 
-Tak. Mieliśmy wtedy sześć lat. Był najstarszy z rodzeństwa. Ale chory tak jak dwoje z jego rodzeństwa i wielu z przodków. Choroba dziedziczna nie wyleczalna łamana na wyleczalna. Ta choroba mutuje, chce być niewyleczalna, ale postęp technologiczny, biologiczny, chemiczny pozwala na co jakiś czas wynalezienie lekarstwa.  Były przecież sytuacje gdzie niektórzy zostali wyleczeni. Wstąpienie do braci daje ochronę. Moc ich run jest tak silna, że utrzymują chorą osobę przy życiu, a ta może normalnie funkcjonować. Tyle, że musi pozostać w służbie cichym braciom. Aisha i Charlie męczą się z tą chorobą. Oboje jeśli by chcieli mogliby wstąpić do nich, ale nie chcą. 
-Dziewczyna nie może być cichym bratem. Coś ci się pomyliło Alex. - Powiedział Hugo. 
-Nie. Została wniesiona poprawka, przedyskutowana i głosowano za jej wprowadzeniem. Clave nigdy nie było stuprocentowo zgodne. A tamtego dnia. Wszyscy za. Każdy dotknięty tą chorobą dostanie schronienie u cichych braci do czasu znalezienia lekarstwa.
-Dobra nie mamy czasu. Musimy iść do instytutu - Powiedział Isaac.
-A Nathan? Nie powinniśmy go poszukać? On gdzieś tam jest. - Powiedziałam.
-Wróci do instytutu zaraz po nas. Zobaczysz. Napisałem mu smsa, że wracamy i by też to zrobił czym prędzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 4 - Powrót

-Izzy zgłoś się. Może to dziwne ale weszliśmy bez najmniejszego problemu. To chyba pułapka. Mamy zawrócić i wrócić większą ekipą? - Spytała...