czwartek, 7 października 2021

Rozdział 4 - Powrót

-Izzy zgłoś się. Może to dziwne ale weszliśmy bez najmniejszego problemu. To chyba pułapka. Mamy zawrócić i wrócić większą ekipą? - Spytała Seli. 
-Nie mamy czasu. Trzeba ich wyciągnąć. 
-Ich? - Zdziwiłem się. 
-Może być tam tylko Chris, a może być tam więcej osób. Nie łapcie mnie za słówka. Nie w takiej chwili. 
-Wybacz Iz. Seli idziemy dalej. Idź za mną. Osłaniaj tyły. - Powiedziałem, a ona uzbrojona w swoją laske zaczęła iść za mną tyłem. Ja trzymałem dwa krótkie miecze. Szliśmy głębiej w las. W głąb wioski wilkołaków jaką sobie tu urządzili. Była pusta. Ale jak to możliwe? To miejsce nigdy nie bywało puste. Chyba że... - Samaha. - Powiedziałem cicho. 
-Co? - Spytała Selin. 
-Samaha. 
-Usłyszałam za pierwszym razem. Ale co to znaczy? 
-W końcu jest coś czego nie wiesz Seli. Samaha. Święto wilkołaków. Nie wiem za bardzo na czym polega, ale odbywa się dwa razy w roku. Zbierają się w jednym miejscu i polują jak wygłodniałe stado. 
-Wels. Jesteś pewny, że to wypada dziś? - W komunikatorze usłyszałem głos Isabelle. 
-Tak. 
-Oni tam są. Wcale nie odeszli. Nie zostawili swojego miasteczka pustego. - Powiedziała. 
-Skąd wiesz?
-Nie uważałeś na lekcjach prawda? Samaha. Krwawe Gody. Przez tydzień w jakiś dla nas nie wytłumaczalny sposób zbierają potencjalne ofiary. Zazwyczaj są to młodzi przyziemni. O północy otwierają ich klatki. Ludzie wybiegają w szale chcąc się uwolnić. A wtedy zaczyna się krwawa jatka. Rozszarpią każdego na swojej drodze. Nie wszyscy wychodzą od razu. Ci którzy schowają się w klatkach dołączają do stada po zakończonym polowaniu. Ci którzy również przeżyją Krwawe Gody również stają się częścią stada. Nie uratujecie wszystkich. Z klatki w której jest Chris wyciągnijcie najlepiej tylko jego. Gdy wilkołaki ujrzą i wyczują grupę osób zaatakują. Nawet jeśli do północy daleko. 
-Izzy do północy zostało pół godziny. 
-Więc spierzcie się. I uważajcie na siebie. Macie wrócić cali. Jeżeli coś wam się stanie ja za to zapłacę, bo to nie autoryzowana misja ratunkowa. 
-I mówisz nam to teraz? - Spytała Selin.
-A wiedząc to wcześniej inna by była twoja decyzja? 
-Nie. - Powiedziała cicho.
-Więc się ruszcie i znajdźcie tego przyziemnego. 
-Stado wygłodniałych wilków co? Gorszego dnia wybrać nie mogliśmy. Chodź Seli. Klatki pewnie są w ich podziemiach. 
Wbiegaliśmy do ich domów do piwnic szukając klatek z ludźmi. Kilka znleźliśmy ale nie było w nim przyziemnego którego szukaliśmy. Wbiegaliśmy do tunelu między dwoma budynkmi. 
-Chris! Chris! Chris jesteś tu? - Wołała Selin. Wszyscy tak jak wcześniej rzucili się do krat krzycząc byśmy ich uwolnilii. 
-Chris przysłała nas Dalia! - Krzyknąłem widząc chłopaka podobnego do tego ze zdjęcia. 
-Nie ma go tu. Idziemy dalej. 
-Czekajcie! Przesuń się koleś! Dalia? Nic jej nie jest? Wyszła cało z cichego miasta? 
-To on. - Powiedziałem. 
-Z miasta kości. 
-Nieważne. - Powiedział. 
-Można powiedzieć, że jest cała. - Odezwałem się. Selin zaczęła majstrować przy zamku. 
-Co to znaczy? 
-Ja nie jestem w temacie. Pytaj tych co z nią są. Selin i jak? 
-Nie da się. Runy nie działają. Moje witrychy też nie są w stanie nic zrobić. 
-Cholera. - Zakląłem pod nosem. Nagle klatka się otworzyła. Ludzie nie pewnie patrzyli to na nią to na nas. 
-Lepiej nie wychodźcie na zewnątrz. - Powiedziała Selin. 
-Wszystkich nie uratujemy. - Powiedziałem cicho do Selin cytując Isabelle. Spojrzała na mnie. 
-To zbyt ciężkie. - Powiedziała. W tym momencie ktoś mnie szturchnął. Ludzie zaczęli wybiegać z klatki. 
-Chris. - Chwyciłem go za rękę i pociągnąłem do siebie. - Tam jest niebezpiecznie. Trzymaj się nas a zobaczysz jeszcze swoją przyjaciółkę. W tej chwili na zewnątrz dało się słyszeć wrzaski. 
-Co tam się dzieje? - Spytał. 
-Wilkołaki zorganizowały sobie polowanie. Trzymaj się blisko nas. To może przeżyjesz. 
-Może? - Spytał, ale ja już się odwróciłem i zacząłem iść w stronę wyjścia. Ludzie biegli w różnych kierunkach. A wilki pojawiały się znikąd i atakowały przyziemnych. Krwi było wszędzie pełno. 
-Nie zbijaj wilków. - Poleciłem Selin. - Nie chcesz chyba naruszyć Porozumienia.
***
Wejść do Baru Pod Orłem było łatwo. Gorzej już z przemieszczaniem się korytarzmi w poszukiwaniu Nathana. 
-Gdzie vampiry go trzymają? Przeszukaliśmy najostrożniej jak to możliwe piętro i parter. Straciliśmy na to dwie godziny. 
-Spokojnie Kyla. Gdzieś musi on być. - Uspokajałem ją. - Bar Pod Orłem nie ma piwnicy. Więc muszą mieć gdzieś ukryte przejście. Jakieś tajne pomieszczenie. 
-Max. 
-Czekaj myślę. - W pamięci odtwarzałem korytarze i pomieszczenia jakimi szliśmy szukając punktu zaczepienia do tajnego przejście. 
-Max. 
-Chwila. 
-Znaleźli nas. - Spojrzałem za siebie tam gdzie wpatrywała się ona. 
-Nie mogłaś tak od razu? - Powiedziałem odwracając się i wyciągając mój miecz. Kyla dobyła swoje dwa chakramy. Rozpoczęliśmy walkę. Walka, która była nie równa. Ich wielu nas tylko dwoje. Walka z góry skazana na przegrną. Ale musimy stąd wyjść żywi. I musimy odnaleźć Nathana. 
-No proszę. Nocni Łowcy sami do nas przychodzą. I są uzbrojeni. Zabiliście już czworo moich ludzi. Naruszyliście Porozumienie. Chyba będę musiał zgłosić was do Clave. 
-Ahirl. Miło cię widzieć. - Powiedziałem z uśmiechem. 
-No proszę Max. Wyrosłeś szczeniaku. 
-Mówisz, że my łamiemy prawo i chcesz nas zgłosić? Prawda chyba jest inna. Nie sądzisz? Porwałeś Nefilim. Jednego z naszych. I przetrzymujesz go gdzieś tutaj. 
-Taki pewny? Chcesz to zapraszam. Sprawdź. Przeszukaj cały nasz Bar. Jestem pewien, że nic nie znajdziesz. - Zaśmiał się i odwrócił. 
-To podstęp. - Syknęła cicho Kyla. 
-Wiem. Wiedzą, że go nie znajdziemy, bo mają gdzieś tajne pomieszczenie. Bądź ostrożna i idź za mną. Nie pozwól by nas rozdzielili. - Przysunąłem moją lewą dłoń do ust i dotknąłem nimi sygnet z białym kamieniem, który mam na palcu. - Nathan Lightwood. - Szepnąłem i opuściłem rękę. - Ale pozwól Ahirl, że nie schowamy broni. Wybacz, ale nie ufam ani tobie, ani twoim ludziom.
-Nie ma sprawy. Chociaż to ja powinienem czuć się tutaj urażony. To wy wdarliście się do naszego domu i zabiliście kilkoro z moich ludzi. To ja powinienem być tutaj nie ufny wobec was. Ale znajcje moje dobre serce. Wybaczam wam. - Sygnet stał się bardzo chłodny, co oznacza, że jestem daleko od Nathana. Ale nie dalej niż sto metrów. Taki zasięg ma pierścień. Ten sygnet to dar od Liry, czarownicy, którą niegdyś kochałem. Później przygarnął ją pewien włoski czarodziej i wyjechała z hiszpanii. Zostawiając mi na pożegnanie ten magiczny sygnet "Wypowiedz nazwisko, a pierścień zagra z tobą w ciepło-zimno. Odnajdziesz swój cel gdy sygnet zacznie parzyć. Ma zasięg o promieniu stu metrów. Twoja Lira. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś cię ujrzę najdroższy." Przypomniałem sobie jej ostatnie słowa do mnie. I jej słodki uśmiech. Odgoniłem szybko wspomnienia i z Kylą ruszyliśmy raz jeszcze przez budynek. W jednym z pokoi na piętrze sygnet zaczął mnie parzyć. To tu. Ale gdzie jest przejście? Gdzie oni schowali Nathana. 
-Nathan! Gdzie jesteś?! Idziemy po ciebie! - Wrzasnąłem. Ujrzałem wykrzywioną minę Ahirla i jego dwóch przybocznych. 
-Max! - Zza jednej ze ścian usłyszałem słaby krzyk Lightwooda.
-Nie ma tu żadnego nefilim co? - Zwróciłem się do Ahirla. Ten warknął i rzucił się na mnie. 
-Pożałujesz tej decyzji młody łowco. - Gdy ja walczyłem z nim. Kyla rozpoczęła starcie z grupą vampirów, które ją otoczyły. - Ty i twoja przyjaciółeczka zgnijecie tutaj wraz z panem szanownym Lightwoodem.
-Mylisz się. Dzisiaj ty zginiesz tutaj. 
-Ho ho hoo jaki pewny siebie mały nocny łowca. 
-Pewny siebie? Owszem. Ale i dotrzymujący słowa. - Powiedziałem wbijając moją rękę w jego klatkę piersiową. Na wszelki wypadek na lewej ręce zawsze pod rękawiczką skrywam stelaż z adamasu. Szkielet kości na ręce. Najtwardszy metal. Z łatwością przebiłem mu ręką ciało. Złapałem w dłoń jego serce. Walki ustały. Wszystkie vampiry patrzyły na mnie. - To koniec waszego przywódcy. - Powiedziałem wyciągając rękę. W dłoni ściskałem jego serce. A jego ciało upadło u moich stóp. Rzuciłem serce gdzieś w kąt i mieczem rozwaliłem ścianę za którą słyszałem Nathana. 
-Nic ci nie jest? - Podbiegła do niego Kyla i rozwiązała oraz poodczepiała od niego różne rurki. Słyszałem jak co raz to więcej vampirów pojawia się w pomieszczeniu powtarzając jedno zdanie. "Ahirl nie żyje." 
-Lepiej się stąd wynośmy. - Powiedziałem pomagając wstać chłopakowi. Wziąłem jego stele leżącą kawałek dalej na podłodze i uaktywniłem jego Iratze. Następnie chowając mu ją w kieszeń jeansów. - Dasz radę iść? 
-Nie bardzo. 
-To skacz. - Powiedziałem niszcząc deski zasłaniające okno. 
-On nie ma siły Max. 
-Żeby przebiec przez rozwścieczony klan vampirów. Ja też. Ale na skok stać całą naszą trójkę. Skacz Kyla. - Powiedziałem biorąc Nathana na ręce. Wyskoczyłem przez okno i upadłem nisko na nogi zacząłem biec nie czekając na Kyle. Dogoni mnie. Jak zawsze.
***
-Rego ty zdrajco! Wprowadziłeś nefilim do naszego hotelu! Czas cię ukarać! - Słyszałam wrzaski Briegena. Szukali go. Ogłuszył kilkoro vampirów nim się rozdzieliliśmy. Wyczuli anielską krew w pobliżu. Do końca nie wiedzą gdzie jestem, bo Rego zakamuflowł mój zapach swoją krwią. Tak moja twarz, ręce, nogi i ubrania są wymazane w jego krwi. Znaleźć Samanthe. Hotel jest ogromny. Ma sześć pięter. Z parterem siedem. I trzy poziomy w dół. Ten hotel jest schronieniem dla vampirów z całego kraju, nie tylko naszego miasta. Wiele vampirów z innych miast przybywa tu by dołączyć do klanu vampirów w Madrycie w Muerte De La Vida. Jak znaleźć jedną przyziemną w tak wielkim hotelu pełnym vampirów. Cholera przydał by się tu Max i jego dar od Liry. Sygnet, który od niej otrzymał jest bardzo stary. Ciekawa jestem skąd tak młoda czarownica jak Lira wytrzasnęła ten sygnet. Błądziłam korytarzami w poszukiwaniu przyziemnej we wszystkich pokojach, które napotkałam na swojej drodze. 
-Isabelle. - Nagle przede mną pojawił się Rego. 
-Wystraszyłeś mnie. 
-Wybacz. Zabiłem Patricie. Dario i Anabeth zostali pojmani. Ale Briegen i Kurt uciekli. Chodź. Simona wskaże nam gdzie jest Samantha. Była przez długi czas sam na sam z Briegenem. Nikt nie wie co się tam działo. Uważaj. Ona może stać się vampirem. - Vampirzyca zaprowadziła nas do jednego z pokoi Elity mieszczącym się na piątym piętrze. 
-Samantha? - Podbiegłam do dziewczyny leżącej na czerwonej kanapie. Miała nieobecny wzrok. - Co jej jest? - Spytałam patrząc na Simone i Rego. Podszedł do nas i nachylił się nad nią. 
-Jest na haju. Briegen czymś ją naszpikował. Pewnie chciał ją wykorzystać. Rano niczego nie będzie raczej pamiętać. Albo większości zdarzeń. Dasz radę ją zabrać?
-Tak. Od czego ma się runy? Siły mi starczy. Nie martw się. Zajmij się swoimi ludźmi. Zajrzę do ciebie jutro. Obiecuję. To będzie zwykła przyjacielska wizyta. 
-Nie musisz Isabelle. 
-Wiem. Ale chcę. Bo to ważne. Dla nas obojga.
***
-Hugo. Zmiana. Twoja warta przy niej skończona. Daj mi ją. Idź odpocząć. Wróć za kolejne pięć godzin. 
-Ice. Jesteś przed czasem. 
-Tak wyszło. Zmiana bracie. 
-To już prawie połowa czasu. Dziesięć godzin minęło. Ciekawe jak sobie radzi.
-Miejmy nadzieję, że dobrze. 
-Musi wrócić. 
-Wróci. Inaczej Izzy ją rozszarpie. - Zaśmiałem się odbierając od niego dziewczynę.
***
Szłam wzdłuż ulicy. Tylko ta jedna prowadziła od lunaparku w którym się znalazłam. W końcu po nie wiem jak długim czasie ujrzałam kolejny lunapark. Tym razem normalny. Działający. Było w nim kilka dzieciaków. Podeszłam do nich. 
-Cześć. 
-Hej. Klara jesteś wreszcie. 
-Słucham? - Odwróciłam się by się upewnić, że jej słowa były skierowane do mnie. Nikogo innego wokoło nie było. - Ja nie jestem Klara. 
-Nie? Ale wyglądasz jak... Chodź z nami. - Powiedziała i ruszyła, a za nią chłopak i dziewczyna, którzy z nią stali. Podeszła do grupy osób. - Jest tu Klara? 
-Co chcesz? Mówiłam, że zaraz do was przyjdę. 
-Jest ciebie dwie. 
-Co?
-Jest tu dziewczyna identyczna jak ty. - Przez grupkę osób przecisnęła się dziewczyna wyglądająca tak samo jak ja. W tym momencie wróciły do mnie wspomnienia. Weszłam do swojego umysłu. Zostałam uwięziona w ciele dziewięcioletniej dziewczynki, którą niegdyś byłam. Na przeciwko mnie stoi moja dusza. Identyczna jak ja. Muszę zabrać ją ze sobą nim będzie za późno. Właśnie... Skąd mam wiedzieć kiedy będzie za późno. Chyba muszę się spieszyć. 
-To niemożliwe. - Powiedziałam przerywając ciszę. - Odnalazłam moją siostrę. Odzyskałam siostrę! - Powiedziałam głośniej i weselej. 
-Mam siostrę. Mam siostrę bliźniaczkę. Ja naprawdę mam siostrę. - Ucieszyła się moja dusza. Albo Klara. Bo takie imię tu otrzymała. Złapała mnie za ręce i zaczęłyśmy skakać w kółko. 
-Mogę ją wam porwać na jeden dzień? Chciałabym trochę czasu spędzić z moją siostrą nim odjadę. 
-Nie ma problemu. Z przyjaciółmi przyjdę tu jutro. - Powiedziała Klara. Złapałam ją za nadgarstek i pociągnęłam ku wyjściu z wesołego miasteczka. Pobiegłyśmy wzdłuż ulicy ku staremu, zapomnianemu lunaparku. 
-Wygląda trochę strasznie. Wracajmy. - Powiedziała. 
-No co ty. To wygląda jak jeden wielki dom strachów. Miasteczko Strachów. Chodź, idziemy. - Pociągnęłam ją wbiegając z nią w głąb lunaparku.
Otworzyłam oczy. Siedziałyśmy w zardzewiałej kolejce górskiej. Wagonik właśnie ruszał. Przed nami był wielki spad w dół. Obie zaczęłyśmy wrzeszczeć. Ale moment. Jak ja się tu dostałam. Ile czasu jestem tu z Klarą? Muszę ją zabrać do wyjścia. Muszę się stąd wydostać. Gdy kolejka się zatrzymała z uśmiechami opuściłyśmy wagonik. 
-Gdzie teraz? - Spytała mnie. 
-Gabinet luster. - Powiedziałam, a ona pociągnęła mnie w jego kierunku. Za jednym z tych luster kryje się wyjście. Muszę je znaleźć. Weszłyśmy tam i szłyśmy korytarzem trzymając się mocno za dłonie. Miałyśmy niezły ubaw. Na jednym z luster mignął mi jakiś symbol. - Czekaj. - Powiedziałam zatrzymując się. Podeszła do mnie. - Spójrz. - Powiedziałam dotykając symbolu smoka. Lustro cofnęło się w głąb i schowało w bocznej ściance. Ścisnęłam mocniej dłoń Klary i weszłam przez otwarty portal w ciemność.
Gdy otworzyłam oczy ujrzałam twarz Isaaca. 
-Udało Ci się. - Powiedział i powoli położył mnie na kanapie. 
-Jesteś cała? - Obok pojawił się Hugo. 
-Tak. Chyba tak. 
-Opowiadaj. Co widziałaś? 
-Czekaj. Mieliście się zmieniać tak? Gdy zasypiałam trzymał mnie Isaac. Po pięciu godzinach miała być zmiana. I kolejne pięć godzin miał mnie trzymać Hugo. Kolejne pięć znów Isaac. I ostatnie cztery Hugo. Czemu jestem w rękach Isaaca?
-Nastąpiła mała komplikacja. Przez jedenaście godzin i trzydzieści minut krew miała być z ciebie spuszczana. Przez godzinę miałaś być bez krwi w żyłach. Ice zmienił mnie dziesięć minut szybciej. Gdy po siedemdziesięciu minutach wciąż nic się nie działo Ice podjął się ratowania ci życia. Wypalił sobie oraz tobie runę wiążącą. Ma ona na celu utrzymywać przy życiu drugą osobę, której ten znak wypalamy. Musi on być w tym samym miejscu u obu osób. - Powiedział Hugo dotykając ręką swojego lewego obojczyka. - Byłaś martwa przez pięć godzin. Gdy wróciłem Ice ledwo stał na nogach. Ale nie pozwolił ci upaść. Oddał mi ciebie dopiero gdy krew zaczęła płynąć dalej przez rurki. Gdy odebrałem ciebie z jego rąk. Padł nie przytomny na kanapę. Nawet nie mogłem sprawdzić co z nim jest. Obudził się trzy godziny później. Na kolejne dwie poszedł na drzemkę do siebie. Przez kolejne pięć godzin czuwał tu nad tobą, trzymając cię. 
-Więc to pewnie stąd ta luka w pamięci. A gdzie Izzy? I co z moimi przyjaciółmi? I waszym bratem? Co z Nathanem? 
-Spokojnie. Wszyscy są cali. Śpią w pomieszczeniu obok. Są zmęczeni. Ty też się prześpij. Jutro zdasz nam raport. - Powiedział Hugo. 
-A Izzy i jej oddział mi. 
-Oczywiście. A teraz śpij. - Powiedział Ice. Podszedł do mnie i ucałował mnie w czoło. 
-Dobranoc Dalio. Będę nad tobą czuwać. Śpij spokojnie. - Powiedział Hugo rozsiadając się w fotelu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 4 - Powrót

-Izzy zgłoś się. Może to dziwne ale weszliśmy bez najmniejszego problemu. To chyba pułapka. Mamy zawrócić i wrócić większą ekipą? - Spytała...